Wojna domowa

20090421

Prolog

Barbara Sowińska:
(…)
Dzisiejsza rozmowa z Myszeczką przyniosła ciekawe efekty…
Już wcześniej dowiedziałam się, że ten stary okrutnik będzie chciał zaoferować mi poparcie, i od razu wiedziałam, że nie chcę mieć z nim wspólnego absolutnie nic więcej niż to konieczne… Stary Myszeczka jest osobnikiem okrutnym, mściwym, obleśnym i po prawdzie to po prostu się go boję. Tym bardziej nie zgadzam się ani z nim, ani z jego metodami. Niestety, odrzucenie jego oferty tak po prostu byłoby zbyt ryzykowne. Wypadki chodzą po ludziach i magach, a po niewygodnych dziedziczkach zwłaszcza. Na szczęście udało mi się wymyślić sposób na wywinięcie się dość tanim kosztem tak, by wilk był syty i owca cała.
Ród Myszeczków przydzieli mi oficera łącznikowego. Jako pierwszy 'z prawdziwego zdarzenia' członek mojej 'świty' będzie musiał otrzymać odpowiednio wysoką pozycję… I na tą myśl robi mi się trochę zimno. Spodziewam się małej wojny domowej.
Wiktoria Diakon źle przyjęła informację o oczekiwanym oficerze, a jeszcze gorzej o tym, że będzie miał wyższą od niej pozycję…
Okres po przybyciu tego człowieka będzie trudnym czasem.
Z drugiej strony, Wiktoria Diakon może służyć jako swoisty dławik, jeśli tamten będzie się zachowywał w sposób nieakceptowalny - na przykład dręczył służbę.
Tak czy owak - mała wojna domowa jest raczej nieunikniona…
Ech… za co to wszystko?
(…)

Dzień pierwszy

Mariusz Węgielski:
(…)
Dziś wprowadziłem się do domu pani Barbary Sowińskiej. Zostałem przyjęty ciepło i profesjonalnie. Od razu widać, że Barbara Sowińska jest prawdziwą damą. Owszem, jest dziewczyną, co zawsze stanowi wadę z punktu widzenia polityki, ale w tym będę w stanie jej pomóc. Mam tylko nadzieję, że zdecyduje się utrzymać kontakty na poziomie profesjonalnym. Przy moim szczęściu jeszcze się we mnie zakocha i wszyscy będziemy mieli z tego powodu problemy. Że niby jej podałem jakiś eliksir czy coś… Ale na razie nie ma się czym przejmować, wszystko przede mną.
Mam pomóc Barbarze Sowińskiej na ile mogę. Zrobiłbym to nawet, gdybym nie musiał. Jej świta nie istnieje. Owszem, ma tam kilku magów, którzy wykonują jej rozkazy, ale nic, co ma choćby odrobinę inicjatywy. Podejrzewam, że jej ojciec tłamsił ją tak samo, jak moi 'kochani kuzyni' mnie. Jeżeli to prawda, jest duża szansa, że nie tylko sobie możemy wzajemnie pomóc, ale że będziemy mieć nawet wspólne cele.
Tylko jednej rzeczy nie rozumiem.
Barbara Sowińska wyraźnie zaznaczyła mi obecność gościa specjalnego, czyli Wiktorii Diakon. Po prawdzie, moim zdaniem jest to błąd z punktu widzenia polityki. Ona nie ma nic, czego Sowińska by potrzebowała. Niezbyt inteligentna, ale złośliwa skandalistka wynosząca się ponad prawo. Aktualnie straciła właściwie wszystkie środki, jakie miała. Jest nikim. Po co Sowińskiej taka osoba jako gość? Może to jakaś głębsza intryga powiązana z kimś innym?
Z Barbary Sowińskiej tego nie wyciągnę, jest za dobra. Plus, wypytywanie szefowej o rzeczy, których nie chciała powiedzieć już pierwszego dnia nigdy nie jest rozsądne. Za to sama Diakonówna ma dużo niższą pozycję niż ja, a do tego nie jest na tyle inteligentna, by zorientować się, że próbuję się czegoś od niej dowiedzieć.
Taak, nie będzie problemu.
(…)

Dzień drugi

Wiktoria Diakon:
(…)
Palant.
Jaśnie wielmożna gwiazdeczka, czyściuteńka panieneczka Basieńka Sowińska… wpakowała mi na głowę ćwierćinteligentną hybrydę pawia o ptasim móżdżku i szympansa o manierach słonia w składzie porcelany. Ów osobnik, bardzo serdecznie przywitany przez panieneczkę od razu zabrał się do demonstrowania wszystkim dookoła, kto tu rządzi.
Przykleił się do mnie jak huba i koniecznie chciał wyciągnąć ze mnie co tu robię, dlaczego tu jestem… i do tego wszystkiego jeszcze zachowywał się z wyższością. Gdy zaznaczyłam delikatnie (prawie delikatnie), że jestem gościem i jego pytania po prostu nie uchodzą, stwierdził, że to on ma wyższą pozycję i że to on decyduje co uchodzi a co nie, zwłaszcza, jeżeli on ma wykonywać skutecznie swoją pracę.
I jeszcze mi marketingowo rzucił, że 'w końcu oboje pracujemy dla wspaniałej Barbary Sowińskiej, więc powinniśmy sobie pomagać i współpracować, bo jej cel jest naszym celem' i tym podobne głupoty. Więc wylałam mu wiadro zimnej wody na głowę i stwierdziłam, że nie będę rozmawiała z nim, dopóki czegoś nie zrobi ze swoim psim przywiązaniem do kolejnego właściciela.
Ja słodkiej, dobrotliwej, przyjaznej i troskliwej panience Sowińskiej nie wybaczyłam jakoś tego, że jestem tu wbrew swej woli. Może tacy jak on przywykli do tego świata. Ja jednak nie jestem wiernym pieskiem chichuaua, patrzącym z uwielbieniem na swoją panią, która mnie chwilę temu kopnęła.
(…)

Dzień trzeci, rano

Mariusz Węgielski:
(…)
Wiedziałem, że Wiktoria Diakon jest… TANIĄ skandalistką. Ale chlusnąć mi w twarz szklanką zimnej wody… Uznaję to za zachowanie niegodne nawet osoby tak nieprzyzwoitej jak ona. A ja tylko chciałem uprościć jej życie! Zwyczajnie zagadałem, przedstawiłem w skrócie sytuację i spytałem, jaka jest jej rola w tym wszystkim. Nawet starałem się używać prostego języka i unikać wieloznaczności, żeby nie musiała wysilać tej swojej ślicznej główki. I chyba mimo wszystko nie zrozumiała. Lub nie uwierzyła… co oznacza, że w ogóle nie zrozumiała sytuacji politycznej.
Tak czy inaczej, Wiktoria Diakon stanowi niewiadomą w planie. Nie mogę pomóc Barbarze Sowińskiej nie wiedząc choćby częściowo, o co tu chodzi, bo nie chcę wejść w kolizję z żadnym z jej planów. I niechętnie dowiadywałbym się czegoś, czego ona sama nie chce mi powiedzieć. W końcu granice to granice. Tak, czy inaczej, ona w nocy się gdzieś wymyka. Muszę dowiedzieć się, gdzie ona idzie, na co poluje, co chce osiągnąć. I - co ważniejsze - z kim się spotyka.
Barbara Sowińska ma bardzo wiele na głowie. Ona może nie wiedzieć, co tu się dzieje. Mam zamiar do tego dojść. Nie martwiłoby mnie, gdyby normalny, wyszkolony mag starał się osiągnąć swój cel za plecami Barbary Sowińskiej. Wiedziałby, jak to zrobić, by podejrzenie nigdy nie padło na jego protektora. Ale ta dziewczyna to kompletna amatorka. Ona spróbuje zrobić intrygę i po prostu wpadnie, przy okazji rujnując reputację mojej gospodyni. To oczywiste, że ona nie może być winna. Nikt z odpowiednią pozycją sobie na to nie pozwoli. Automatycznie odium spadnie na mnie. Nie mam wyboru. Muszę dowiedzieć się więcej na temat Wiktorii Diakon.
(…)

Dzień piąty, późna noc

Wiktoria Diakon:
(…)
Muszę coś z tym zrobić. Panieneczka zezwoliła mi łaskawie na posiadanie życia prywatnego w czasie, w którym nie znajduję się na jej "dworze". I muszę przyznać, że dotąd danego słowa dotrzymała. A przynajmniej z tego, co wiem. Teraz ten tępak wymyślił sobie, że będzie za mną chodził w dzień i w nocy. Na początku to było nawet zabawne. Wybierałam sobie takie drogi, żeby nie był w stanie mnie śledzić bez wyjątkowej ofiarności przejawiającej się między innymi czołganiem, siedzeniem godzinę w lodówce… takie tam, uprzyjemniacze życia. Nawet tygodniowy bilet na wszystkie autobusy kupiłam specjalnie na tą okazję.
Niestety, od pewnego czasu śledzą mnie tak samo ludzie. Trzymają się odpowiednio daleko, więc nie wiem, czy ich wynajął, czy po prostu rzucił na nich zaklęcie. Potwierdza to jedynie wszystko, czego się po nim spodziewałam. Ludzie i ich cele i marzenia są dla niego bezwartościowe. Są surowcem.
To jakiś koszmar. Jest piątek. Zawsze w piątek idę do mojej ulubionej dyskoteki pobawić się z przyjaciółmi (żaden z nich nie jest magiem, żaden też nie wie o istnieniu magii), i zwykle nie wracam na noc do pokoju. Bardzo lubię piątki! A on… nie odważę się, po prostu nie odważę się narazić na niebezpieczeństwo ani moich przyjaciół, ani jakiegoś przygodnego podrywacza na dyskotece. Mogliby zostać potraktowani bardzo bezwzględnie. I nikt by się o nich nie upomniał.
Jest też inna możliwość. Być może to panieneczka wymyśliła sobie, że on będzie kontrolował każdą chwilę mojego dnia. Że on może dowiedzieć się czegoś o naszej tajemniczej organizacji.
Piątek. Noc. Sama w łóżku. Nie mogę spać.
Zapłaci mi za to.
(…)

Dzień szósty

Barbara Sowińska:
(…)
Na razie pomiędzy Wiktorią Diakon a Mariuszem Węgielskim panuje względny spokój. Co prawda służba donosiła o kilku starciach i słownych potyczkach w ciągu pierwszych dwóch dni, ale Wiktoria nadspodziewanie spokojnie przyjęła to, że jest ktoś nad nią.
Sam zaś Węgielski… Podrzutek z ramienia Myszeczków. Dobrze, że udało mi się przynajmniej przeforsować kogoś, kto ma inne nazwisko… Nie chcę, żeby mnie z nimi kojarzono bardziej niż to absolutnie konieczne. Obawiałam się, że ten nieszczęsny 'oficer łącznikowy' z ramienia Myszeczków będzie jednym z ich gatunku.
Ale jeżeli taki jest, to się bardzo dobrze maskuje. Owszem, służba dała znać, że się rządzi, traktuje ludzi jak powietrze, ale nie robi nic, czego nie można by oczekiwać po innym magu. Obawiałam się, że będę musiała interweniować w obronie służby już pierwszego dnia, a tu nawet słyszę, że podziękował pokojówce, która przyszła wymienić ręczniki w łazience… No i na razie nie robi nic niewłaściwego. Zwiedza dom, wypytuje pracujących u mnie magów, co i jak… Ogólnie zachowuje się po prostu profesjonalnie.
Wiktoria z kolei trochę się wycofała. Jest pasywna, siedzi w swoim pokoju albo w laboratorium. Nawet mniej wychodzi na miasto… Trochę to do niej niepodobne, spodziewałam się, że będzie chciała odreagować zaistnienie kogoś o wyższej pozycji, a tu nic. Zapytana, stwierdziła, że wszystko w porządku. Nawet, jeżeli coś jest nie tak, to nie daje tego po sobie poznać…
Sama nie wiem…
Na razie cieszę się chwilową ciszą i mam nadzieję, że to nie jest cisza przed burzą.
(…)

Dzień siódmy, rano

Mariusz Węgielski:
(…)
Udało mi się. Magia to podstawa. Kilkudziesięciu ludzi, odpowiednie zaklęcie, i nawet nie byli świadomi, że widzę ich oczami. Udało mi się dojść do tego, w jaki sposób Wiktoria Diakon przekazuje informacje. Zawsze zostawia kilka wiadomości. Są pozornie niewinne. Nie zawierają żadnych słów, ot, guma do żucia. Tyle, że te przedmioty są podnoszone. Ku mojemu zdziwieniu, papierki - rzeczy, na których spodziewałbym się znaleźć wiadomość, były zawsze ignorowane. To, co jest prawdziwą wiadomością, to coś, co albo miała w ustach, albo… no, jest czymś związanym z biologią. Pot, czy coś. Nie wiem, jak ona to robi! Najpewniej jej mocodawca jest dużo inteligentniejszy od niej.
Tym razem przechwycę tą wiadomość. Spróbuję ją zdekodować. Powinno mi się udać. Jest kilka osób, które Wiktorii naprawdę nie lubią i kilka, które po prostu mają u mnie dług. Dojdę do tego. Jak nie, będę po prostu miał jak ją zastraszyć - w najgorszym wypadku. Dam głowę, że Barbara Sowińska nie wie o tym, co tu się dzieje.
(…)

Dzień siódmy, południe

Wiktoria Diakon:
(…)
Niechętnie to przyznaję, ale nie doceniłam jego inteligencji. Irena powiedziała mi, że najprawdopodobniej zorientował się, co jest wiadomością. Wszystko dzięki Isuzu, który cały czas wszystko obserwował. Gdyby jednak Irena nie wpadła na ten pomysł, gdyby nie była tak paranoiczna…
Nic to, przygotowałam pułapkę. Tym razem w gumie do żucia przygotowałam małą niespodziankę. Na mnie nie zareaguje. Ale ktokolwiek inny pożałuje, że mnie śledzi. Isuzu powiedział mi, że on działa osobiście. Chyba na wypadek, gdyby wiadomość łamała Maskaradę. Mam nadzieję, że tak będzie i tym razem.
(…)

Dzień siódmy, wieczór

Mariusz Węgielski:
(…)
Dziwka. Nienawidzę jej. To nieprofesjonalne! Ale. Jej. Nienawidzę!
Cholerna guma do żucia. Przygotowałem się, miałem gotowe zaklęcia ochronne wszelkiego typu, powiem więcej, gumę podniósł w rękawiczce człowiek, nie ja! Nie pomogło. Buchnął taki pył. Jak purchawka. Oczywiście, im nic się nie stało. Ja zwróciłem obiad. Potem śniadanie. A potem… się przewróciłem. Co gorsza, nie musiałem tego dekodować. Zostawiła wyraźną wiadomość. 'Tak kończą głupcy, któzy mnie śledzą'
Co miałem zrobić? Doprowadziłem się do porządku…
Najgorsze było to, że jakiś żulik koniecznie chciał mi pomóc. Jakiś śmieć uznał, że potrzebuję jego pomocy! Nikt mnie jeszcze nigdy tak nie poniżył!
Jedyne, czego nie wiem, to jak ona to zrobiła.
(…)

Dzień siódmy, noc

Wiktoria Diakon:
(…)
Udało się. Nie wiem, jak wiele razy będę miała okazję zrobić coś podobnego. Wrócił na dworek szlachetniusiej panieneczki w innym garniturze niż wyszedł. Podejrzewam więc, że ta część mi się udała. Gorzej, że ta sztuczka kosztowała mnie większość kryształów Quark, jakie posiadałam, łącznie z pieniędzmi i wymagała, żeby zjadł dokładnie ten posiłek, który jadł. Ale się udało. Bo nie zabezpieczył się właściwie przed środkami niemagicznymi w połączeniu z magicznymi.
Wpadł potem do mojego pokoju jak burza, żądając wyjaśnień. Akurat się przebierałam, czyli nic na sobie nie miałam. Wytrąciło go to z równowagi, ale zdążył zamknąć drzwi, zanim dostał wazonem. Podejrzewam, że panieneczka nie byłaby szczęśliwa wiedząc, że jej najbardziej zaufany oficer (bo jedyny) molestuje niewinnych gości.
Dzięki temu nie powinnam mieć problemów. Nie zgłosi tego. Jemu zależy na opinii i pozycji, a mi zupełnie nie.
(…)

Dzień ósmy

Barbara Sowińska:
(…)
Moją uwagę zwrócił nocy zapis z kamery w pokoju Wiktorii. Normalnie podgląd w prywatnych kwaterach gości jest wyłączony, uruchamia się jednak, jeśli w pomieszczeniu znajduje się ktoś inny niż osoba tam mieszkająca. Wczoraj w nocy do pokoju Wiktorii wparował wyraźnie wzburzony Węgielski. Marnie trafił, dziewczyna akurat nie miała nic na sobie. Trochę go zatkało, ale wycofał się, zanim oberwał wazonem. Ciekawe, o co chodziło…
Najgorsze jest to, że nie mogę nic z tym zrobić. Wiktoria obstaje przy swoim 'wszystko w porządku'. A przecież nie powiem jej, że wiem, że ją nachodził, bo skoczy do jakichś totalnie absurdalnych wniosków. Już i tak jestem dla niej 'tą złą, zepsutą i rozpuszczoną paniusią'. Ech… A on… on nic mi nie powie. A jeśli powiem, że wiem, że odwiedził Wiktorię, uzna, że jest pod stałą obserwacją i że wiem wszystko. Zresztą… nie powiem mu, dlaczego Wiktoria tu jest, bo co mu powiem? 'Rozpaczliwie szukałam jakiegokolwiek wsparcia i znalazłam ją, niechętną, ale nie dałam jej większego wyboru a teraz nie do końca wiem, co z nią zrobić i jak do niej podejść'? Sam mi nie powie, co się dzieje, bo gdyby chciał to zrobić, to już dawno by tu był… Nawet nie bardzo mam go jak utemperować. Nie zgadzam się z jego metodami - włażenie do pokoju jest po prostu chamskie, a wydzieranie się na kogoś też nie lepsze. Fakt, że zrobił to z osobą, którą uważa za słabszą od siebie, sporo o nim mówi, ale nie mogę zainterweniować nie pogarszając sprawy. Jeśli mu teraz każę zostawić Wiktorię w spokoju, może skoczyć do jakichś dziwnych wniosków i uznać, że pora skontaktować się z pracodawcą… A jeśli pójdę do Wiktorii, mogę zapomnieć o jakiejkolwiek współpracy, bo cokolwiek powiem, będzie potraktowane jak wtykanie nosa…
Nie mam możliwości podejścia z żadnej strony… Oboje skutecznie mi to uniemożliwili.
W dodatku ostatni okres mam tak zawalony, że nie wiem do końca, jak się nazywam.
Nawet Jan zaczął coś marudzić, że mam się wyspać.
Niestety, poszukiwania sojusznika nie idą tak, jakbym sobie życzyła…
(…)

Dzień ósmy, wieczór

Mariusz Węgielski:
(…)
Myśli, że jest dobra. Myśli, że nie mam jej jak ruszyć. Dobrze, przyznaję. Na razie była zawsze o krok do przodu przede mną. Czas na rewanż. Wiktoria może sobie myśleć, że jest nie do ruszenia, że jej reputacja nie ma znaczenia, ale to nieprawda. Każdy ma jakiś słaby punkt. Wiktoria Diakon jest dziewczyną arogancką, pewną siebie i niezdolną do przegrywania. Dzięki temu nie będzie żadnego problemu. Zastawię na nią pułapkę. Niestety, nie mogę uszkodzić jej reputacji tak, by Barbara Sowińska mogła ucierpieć. To co mogę zrobić, to zmusić ją do przyznania przed samą sobą, że popełniła błąd i do przyznania, że jej reputacja jest także dla niej ważna. To ją zaboli. Każdy lubi żyć w kłamstwie, ale nikt nie jest niezależny. Zwłaszcza ona. Za trzy dni targi rzadkich roślin. Muszę się spieszyć.
(…)

Dzień dziesiąty

Barbara Sowińska:
(…)
Po tym wybryku kilka dni temu w nocy zapanowała cisza… Pomiędzy tą dwójką nie dzieje się absolutnie nic.
Co więcej, Wiktoria nie wiedzieć czemu chodzi z miną zwycięzcy, zaś Węgielski bardzo skutecznie przyjmuje pozę osoby, która dostała za swoje i nie będzie więcej podskakiwać…
Ale coś się kroi, czuję to przez skórę. Myszeczki na pewno nie podrzuciliby mi osoby, która poddaje się tak łatwo. Pojęcia nie mam, co między nimi zaszło, ale jeśli on się poddał po nieco ponad tygodniu to chyba powinnam czuć się urażona.
Zastanawiam się, czy nie byłoby dobrze ostrzec Wiktorię, żeby nie spoczęła na laurach…
Węgielski jest osobą, która przełknie porażkę czy nawet oberwanie po łapach, ale ona raczej nie… A choć ciekawie jest obserwować ich wzajemne przekomarzanie się, wolałabym nie dopuścić do otwartej wojny, bo to może się odbić na mnie.
Nie, nie będę ostrzegać ani Wiktorii, ani Węgielskiego. Niech ustalą między sobą hierarchię… w mniej więcej kontrolowanych warunkach. Poproszę Jana, by spróbował mieć na nich oko. Żadnego śledzenia, zwłaszcza Diakonówny, ale wolałabym wiedzieć, co się dzieje pod moim własnym nosem. Mam tylko nadzieję, że swój konflikt zachowają pomiędzy sobą.
Ciekawa jestem, co będzie teraz…
(…)

Dzień jedenasty

Wiktoria Diakon:
(…)
To niedopuszczalne! To ohydne! Poniżające!
Zniszczę go. Zniszczę go za to!
Jak on śmiał to zrobić?! Jak on śmiał…
Jak on śmiał dać się przekupić?! Mój dostawca! Nigdy już u niego nic nie kupię! Nigdy!
(…)
Po kolei…
Przekroczył granicę.
Do tej pory to była zrównoważona walka. To znaczy, ja się broniłam, on mnie atakował. Czas na atak. Czas pokazać mu, dlaczego nikt nie zadziera z Wiktorią Diakon.
Czas zniszczyć Węgielskiego.
(…)

Mariusz Węgielski:
(…)
Jak na strzelnicy. Legendarna panienka Wiktoria Diakon nie jest taka mądra, jak myślała, co? To ją musiało zaboleć.
Przecież to takie proste. Nikt z nas nie jest całkowicie niezależny. Wystarczyło dowiedzieć się, skąd Wiktoria Diakon bierze swoje rośliny i sadzonki, udać się do dostawcy i zaproponować mu dużo lepszy kontrakt na rzecz Myszeczków. Zwłaszcza, że faktycznie ów dostawca nie jest zły. A od czasu do czasu i ja mogę trochę zabawić się z pieniędzmi.
Poprosiłem go, by zrobił jakąś chamską podróbę. Tak, dokładnie - chamską podróbę. Coś takiego, jak przemalowanie trawy na niebiesko - nie wiem, nie znam się na roślinach. Wynająłem kilku klakierów i się schowałem.
Oczywiście, panna Diakon (panna w rozumieniu statusu cywilnego, naturalnie, nie jej prowadzenia się) pojawiła się na targu roślin rzadkich i otoczyli ją wynajęci przeze mnie magowie. Zaczęli pytać ją o radę, chwalić jej inteligencję… No, tego typu rzeczy. Oczywiście, dziewczyna zadarła nosa tak wysoko, że myślałem, że się na tych szpileczkach przewróci. I wtedy jeden z podstawionych ludzi pokazał na przemalowaną trawę (czy cokolwiek) i spytał, czy jest to warte swojej ceny. Diakonówna spojrzała pobieżnie, poznała dostawcę, nie sprawdziła dokładnie, z czym ma do czynienia i stwierdziła, że jest to tańsze niż powinno, czyli się opłaca. Jak kilka razy opowiedziała, do czego może ta roślina służyć, używając jakiejś mądrej nazwy, od razu pojawił się inny podstawiony przeze mnie człowiek. Powiedział, że to zwykła trawa. Naturalnie, moi klakierzy wyzwali go od idiotów wątpiących w wielką mądrość panny Diakon, wybitnego eksperta od roślin wszelakich.
Jej mina była cudowna. Po prostu cudowna. Poznała chamską podróbkę. I co? Przyzna się przy wszystkich?
I wtedy mój agent zaproponował, że kupią trochę tych roślin, by przeprowadzić badania i rozstrzygnąć, czym to jest.
Rewelacja. Miała minę zaszczutego króliczka. Piękne.
Naturalnie, pani Sowińska nie byłaby zadowolona (chyba), gdybym ugodził w reputację jej gościa, niezależnie od jakości. W związku z tym, pojawiłem się jak rycerz na białym koniu i powiedziałem, że przecież panna Diakon kupiła już całość dostawy do tajnych i ważnych spraw, i nikt z nich nie może tej rośliny dostać, i jeżeli Wiktoria jest zainteresowana, przyniosłem pieniądze i Quarki, które ona potem może mi oddać.
Nadal mogła powiedzieć, że się pomyliła. Mogła powiedzieć, że nie mówię prawdy.
Przyjęła moją ofertę.
Najzabawniejsze jest to, że nie ma żadnej możliwości zmienić dostawcy. Przepłaciła niesamowitą cenę, nie wiem… 300%? Jest w tej chwili w tarapatach finansowych, więc trochę potrwa, zanim mi odda dług. Za każdym razem widok tego dostawcy będzie jej o tym przypominać.
Tak, teraz będzie grzeczna.
Nie zadziera się ze mną.
(…)

Dzień trzynasty

Barbara Sowińska:
(…)
Coś się stało. Dobrze przeczuwałam, że Węgielski coś planuje. Teraz to on chodzi cały promieniejący, a Wiktoria przypomina nawet nie chmurę gradową, a wściekły tajfun. Ona wręcz promieniuje nienawiścią. No i oczywiście, żadne z nich nie powiedziało mi jeszcze, że coś się dzieje. Oceniając z zachowania Węgielskiego, chyba wydaje mu się, że Wiktoria jest już pod kontrolą, i że nic już nie zrobi. Ona z kolei… większość czasu spędza poza moim domem. Wciąż dotrzymuję naszej umowy, dlatego też nie mam informacji o tym, co robi.
Jednak sytuacja ta zaczyna się powolutku w moim odczuciu wymykać spod kontroli. Poczekam jeszcze może jedną - dwie wymiany ciosów i najprawdopodobniej zmuszona będę wkroczyć. No i (choć bardzo chciałabym tego uniknąć) coraz bardziej skłaniam się ku przydzieleniu im obu agentów pilnujących każdego ich kroku…
Ich zachowanie coraz bardziej przypomina mi dzieci, myślące tylko o sobie i nieświadome tego, jak wielką krzywdę mogą wyrządzić innym.
Zobaczymy, czy którekolwiek z nich będzie zdolne do załagodzenia konfliktu w którymś momencie. Jeśli nie, będę zmuszona do zadziałania. Zupełnie, jakbym nie miała nic innego do roboty.
Wciąż jeszcze pozwalam im na walkę, bo z ich obserwacji uzyskuję całe mnóstwo nadzwyczaj interesujących informacji i coraz lepiej poznaję oboje. Kuba uznałby, że to niskie, ale… Nie pozwolę im się zbytnio skrzywdzić, prawda?…
I z całą pewnością w którymś momencie zażądam od Węgielskiego pełnego raportu odnośnie jego konfliktu z Wiktorią Diakon.
Na razie jednak… pozwolę im jeszcze na zabawę. W końcu dzieci czasem muszą się oparzyć, żeby wiedzieć, że gorącego pieca nie należy dotykać.
(…)

Dzień szesnasty

Mariusz Węgielski:
(…)
Chyba się poddała. Nie zbliża się do mnie. Wyraźnie mnie unika i spędza całe dnie poza domem. Oczywiście, śledzę ją tymi samymi metodami. Ot, tu kawiarenka internetowa, tu poszła sobie kupić sukienkę…
Zastanawia mnie jedno. Wiktoria Diakon wszędzie i zawsze miała opinię dziewczyny dosyć rozwiązłej. A przynajmniej utrzymującej bliskie kontakty towarzyskie z magami, a nawet ze zwykłymi ludźmi. Tymczasem od czasu, jak mieszkam z nią pod jednym dachem, nie widziałem ani razu, nawet jednej sytuacji, w której byłaby z kimkolwiek bliżej. Nie odwiedza znajomych, owszem, robi skandaliczne rzeczy na imprezach, ale to są imprezy, na które może przyjść każdy.
Ona nie utrzymuje z nikim kontaktów towarzyskich? Nie ma ani jednego przyjaciela? Ani jednego kochanka? To jest sprzeczne ze wszystkim, co na jej temat wyciągnąłem!
Nie rozumiem.
(…)

Dzień osiemnasty

Wiktoria Diakon:
(…)
Nareszcie. Składałam wszystkie potrzebne mi składniki jeden po drugim i krok po kroku. Węgielski nie obserwował mnie na pewno w dwóch miejscach. W pokoju przydzielonym mi przez Sowińską oraz w ubikacji.
To dlatego na ostatniej imprezie, na której byłam, miałam tak ciężkie problemy żołądkowe i zamknęłam się w ubikacji. Przyznaję, umywalka i muszla klozetowa to nie najlepsze laboratorium, a to, co przemyciłam pod sukienką to nie są idealne komponenty… Ale dziewczyna radzić sobie musi tym, co ma pod ręką.
Udało mi się skonstruować już zarówno czar obezwładniający, jak i czar dominacji. To znaczy: nie skonstruować, a przygotować na nie odpowiedni kontener. Mam gotowy odpowiedni stanik, a nawet udało mi się zdobyć odpowiednie zdjęcia i nagrania dźwiękowe. Nie jest to robota Jurka… Trudno, nie mogę mieć wszystkiego… Ale zdjęcia Mariusza dominującego Sowińską, nagrana ścieżka dźwiękowa 'Tak, wielki panie Mariuszu, zrobię dla pana wszystko' jękliwym głosem kochanej panieneczki Sowińskiej, zdjęcie czy dwa przedstawiające mnie w bliskiej komitywie z ośmiornicami i tym podobne… Powinno wystarczyć.
Zniszczę go.
Musiałam pozbyć się wszystkich zwyczajów i odsunąć od siebie wszystkich przyjaciół i znajomych.
To się zmieni, gdy panienka Sowińska raczy łaskawie znaleźć przygotowane przeze mnie teraz rzeczy.
(…)

Dzień osiemnasty, wieczór

Wiktoria Diakon:
(…)
Mężczyźni nie są głupi. Nie są też, wbrew temu, co twierdzi Irena, świniami. Jednak Mariusz Węgielski jest najbardziej zdegenerowanym knurem, jaki kiedykolwiek chodził po tej ziemi.
Do planu dodałam jeszcze jeden czynnik. Mała kamerka. Co mi tam, skoro i tak już mnie na nic nie stać… Wysunęłam ją w torebce. Chciałam sobie wszystko nagrać.
Weszłam do jego pokoju, cała rozdygotana, spuściłam głowę i powiedziałam, że już dłużej nie mogę, że wygrał. Że przegrałam. Spełnię wszystkie jego życzenia, tylko błagam, niech daruje mi ten dług, bo nie jestem w stanie nic zrobić.
Nie załapał. Zaczął zadawać jakieś głupie pytania.
Przestał, gdy zaczęłam rozpinać sukienkę. Patrzył na mnie w osłupieniu jak krowa na malowaną trawę nie wiedząc co robić.
Podeszłam do niego, zaczęłam go głaskać po policzku, całować, przytulać się, przepraszać… No, takie rzeczy, żeby przestał myśleć.
Poprosiłam go, by pomógł mi zdjąć stanik. Ten z żyletką. Oczywiście, skaleczył się w palec. Pole osobiste padło.
(…)

Dzień dziewiętnasty, wczesny ranek

Barbara Sowińska:
(…)
Ale… Ale o co chodzi?!
Jak na szefową tego przybytku, wiem zadziwiająco niewiele.
Ochrona poinformowała mnie, że w nocy w pokoju mojego oficera łącznikowego rzucane były zaklęcia. Żadne jednak nie wykroczyło poza obszar pokoju i żadne nie przekraczało rozsądnego limitu mocy, więc strażnicy jedynie odnotowali ten fakt, jak zwykle informując mnie od razu z rana.
Nagranie z pokoju Węgielskiego z poprzedniej nocy jest zaiste intrygujące. Wiktoria Diakon weszła tam, wyglądając jak ostatni zbity szczeniaczek, który przychodzi do swojego pana, błagając o przebaczenie.
Co ten Węgielski jej zrobił i o jakim długu ona mówiła? I to Wiktoria! Jakim cudem ona ma u niego jakikolwiek dług? Och, nie wątpię, że nie wszystko, czego potrzebuje dostaje u mnie, jednak, gdy tylko poprosi o coś w granicach rozsądku, ma to szybko dostarczone. To znaczy… miałby, gdyby kiedykolwiek o cokolwiek poprosiła… Ale wciąż nie rozumiem, PO CO miałaby zaciągać dług u Węgielskiego?! Zwłaszcza u niego? No chyba, że to jego sprawka…
Na pierwszy rzut oka ciąg dalszy nagrania był idealnym potwierdzeniem jej reputacji. De facto rzuciła się na biednego, niczego się nie spodziewającego faceta, zrzucając po drodze suknię… Muszę jej przyznać, że wyjątkowo skutecznie go ogłupiła. Potem kazała mu rozpiąć stanik… Musiała go specjalnie przygotować, bo praktycznie niemożliwe jest skaleczenie się normalnym zapięciem. Kiedy zaciął się w palec, Wiktoria rzuciła zaklęcie. Chwilę potem kolejne. Pierwsze to ewidentnie była jakaś odmiana zaklęcia obezwładniającego, bo Węgielski padł jak szmata… Drugie… nie mam pojęcia, ale od tej pory mój oficer łącznikowy otrzymuje anioła stróża. Nie mogę pozwolić, by coś mu się stało w wyniku działania Wiktorii. Poza tym, nie wiem, co to za zaklęcie… To mogło być cokolwiek, wymierzone w kogokolwiek. A wiem, że ona nie lubi ani mnie, ani jego.
Moja cierpliwość zaczyna się wyczerpywać. Coraz większymi krokami zbliża się chwila, gdy będę musiała oboje usadzić.
(…)

Mariusz Węgielski:
(…)
Au… Co ona… mi… zrobiła?
Nie!!!
(…)

Wiktoria Diakon:
(…)
Troszkę zmieniłam mu orientację seksualną. MOCNO. Na widok nawet dziewczyny w bikini robi mu się niedobrze. Ale ci przystojni, umięśnieni mężczyźni… Zobaczymy, jak zareaguje na patrzenie na świat po mojemu.
Nie ma to też, jak mieć wzmocnione libido. Ciekawe, czy wystarczy mu siły woli, by nie rzucić się na biednego, leciwego Jana…
No dobra, przesadzam. Nie zrobiłabym tego tak, by mógł ucierpieć ktokolwiek ze służby. Ktokolwiek poza nim. Ale z jaką odrazą będzie patrzył na panieneczkę Sowińską… Która jest ładna według moich standardów.
Wszystko sobie sfilmowałam, łącznie z tym, jak maluję mu… coś… używając antyalergicznych mazaków (naturalnie), żeby wyglądał jak taki pyton. Aha, JA jestem ubrana. I niestety, z żalem stwierdzam, że nie umiem malować. Ale pyton ma taki ładny uśmieszek.
Oczywiście, zostawiłam mu fotkę. Przecież nie będę okrutna.
To była dywersja. Kluczem jest to, że gdy zrzucałam suknię, pod łóżko wpadła koperta z tymi zdjęciami. On, pod wpływem zaklęcia mentalnego, ma wrzucić to za szafę.
Może sprawiedliwości stanie się zadość.
(…)

Barbara Sowińska:
(…)
To, co ona z nim zrobiła, było… niskie. Podłe. Owszem, można się uśmiechnąć, do momentu aż się pomyśli, że równie dobrze możnaby samemu znaleźć się w takiej sytuacji… Cóż… tą akcją Wiktoria pokazała, na co ją naprawdę stać. Ona traktuje swoje ciało jak broń. I to w dodatku koszmarnie niebezpieczną. Jakie to szczęście, że nie jestem facetem… Choć obawiam się, że dla Wiktorii to nie byłaby wielka różnica.
I wciąż żadne z nich nie powiedziało ani słowa o całej tej sytuacji. Ech… zobaczmy, co przyniesie dzisiejszy dzień.
(…)

Dzień dziewiętnasty, wieczór

Barbara Sowińska:
(…)
Rany… nawet się nie domyślałam, JAK BARDZO podłe było to, co ona mu zrobiła. Z relacji agenta pilnującego Węgielskiego wynika, że ona odwróciła jego orientację seksualną. I co gorsza, chyba kilkukrotnie zwiększyła mu libido. Normalnie przeciętny agent polowy nie potrafiłby powiedzieć, co się dzieje, ale to… To było oczywiste. Gdy tylko się zorientowałam, przeniosłam go do czegoś innego. Akurat było coś w archiwum, co od dawna chciałam odkopać, a jakoś nigdy nie znalazłam na to chwili.
Heh… Zagram jeszcze trochę w ich grę, ale jego rozpaczliwe próby ukrycia niechęci, niemal odrazy, gdy patrzył na mnie, były aż smutne… Tak strasznie starał się mnie nie urazić i nic po sobie nie pokazać…
A jaki był wdzięczny, choć przecież przeprosiłam go, że to zadanie niegodne osoby o jego pozycji, niemniej jednak naprawdę nie mam nikogo, kto mógłby to zrobić…
I WCIĄŻ nie zechciał mnie poinformować, co się dzieje. Na pytanie, czy jest coś, co chciałby mi powiedzieć, przeprosił z góry i powiedział, że ma problemy z 'moim gościem', ale że to sprawa natury osobistej i że nie chce mnie tym kłopotać.
Podobnie Wiktoria, zapytana, czy wszystko w porządku i czy nie ma żadnych problemów, udzieliła odpowiedzi twierdzącej. Nie potrafiła jednak ukryć przede mną furii, kryjącej się pod pozornym lodem… Ona jeszcze nie skończyła… A on musi dzisiejszy dzień po prostu przetrwać.
(…)

Mariusz Węgielski:
(…)
To oficjalne. Uważam ją za najbardziej podłą kreaturę, jaka kiedykolwiek pełzała w najmarniejszym śmietniku tego domu.
No KIEDY ona to przygotowała? JAK ona to zrobiła? Nie miała czasu! Nie miała miejsca! Przyszła do mnie, przeprosiła, taka cała… Chciałem… myślałem, że możemy coś zakończyć. Że zrozumiała, gdzie jest jej miejsce. Pomógłbym jej. Rozwiązałbym problem z długiem. Nawet chciałem pomóc z jej sytuacją. I jak pogodzić jej styl życia z oczekiwaniami i wymaganiami Barbary Sowińskiej. Żeby mogła się przydać. Mogła być kimś.
Szmata.
Zniszczę ją.
Z tego, co wiem, ma jakieś problemy z Millenium. Nie wiem dokładnie, o co chodzi, ale…
Nie. Barbara Sowińska może być niezadowolona. Ta gnida to jej gość.
Są inne sposoby. Sprawię, by jej życie było podłe. By nie mogła niczego zrobić, nie przechodząc przez panią Sowińską. Żadnych kontaktów. Żadnych eksperymentów. Żadnej prywatności.
Zobaczymy, jak jej się to spodoba.
Nie wie, z kim zadarła.
Coraz bardziej mam wrażenie, że to test pani Sowińskiej.
Innymi słowy, jak sobie poradzę z wewnętrznym wrogiem. Ma sens. Zainteresowała się tematem. Mam nadzieję, że to nie ja wypadam u niej jako osoba, która przegrywa.
(…)

Wiktoria Diakon:
(…)
On nie odpuści. Spaliłam wszystkie mosty.
I dobrze. Teraz wreszcie będę mogła odpowiedzieć z odpowiednio niszczycielskiej kontry. On ma więcej do stracenia. Ja nie mam już nic. Jego gierki pozbawiły mnie życia prywatnego i kogoś kto ogrzałby mi łóżko. Nie mam dobrze jak skontaktować się z Ireną. Gdyby nie Isuzu… A i on będzie coraz bardziej zagrożony.
Zostaje mi tylko jedna opcja. Zniszczyć go. I tak nie mam co robić…
Szkoda, że nie ma innego wyjścia.
Myślałam, że mój pobyt w domu Sowińskich przyniesie mi choć odrobinę zysku, że będę mogła zrobić cokolwiek pożytecznego. Nic. Co więcej, straciłam wszystko, na czym mi zależało. Owszem, mam surowce, ale nie mogę z nimi nic zrobić. Wszystko będzie pod nadzorem i kontrolą. Jeżeli to jest konieczne, by skupić ogień Millenium na sobie i odciągnąć go od Ireny i Oli…
Gdybym wiedziała, jak to się skończy, czy nadal próbowałabym pomóc tej dziewczynie, co miała problemy z demonami?
Teraz nie mogę zrobić już nic.
Dobrze, że nie mogę zmienić przeszłości.
(…)

Dzień dwudziesty, rano

Barbara Sowińska:
(…)
Jan przyszedł dziś do mnie ze zmartwioną miną. Zwykle to oznacza, że ktoś umarł, albo zaraz umrze. Powiedział, że podczas codziennych porządków pokojówka znalazła w pokoju Węgielskiego kopertę ze zdjęciami, i poinformowała go (Jana) o tym. Koperta wciśnięta była za szafkę, w miejscu, gdzie jeszcze wczoraj jej nie było. Ani wczoraj, ani nigdy wcześniej.
Zawartość koperty powiedziała mi wszystko, co potrzebowałam wiedzieć.
Koniec pobłażania dzieciakom. Nie wiem, co robili, ale TO oznacza, że muszę się wtrącić.
Nie pozwolę, by wykorzystywali mnie w rozgrywkach pomiędzy sobą.
O, nie. Tego już za wiele!
(…)

Dzień dwudziesty, rano

- Janie. - Głos Basi był zwodniczo spokojny.
- Tak, panienko?
- Poproś pannę Diakon i pana Węgielskiego do pokoju dziennego. Nie obchodzi mnie czy śpią, jedzą, czy robią cokolwiek innego. Mają się tam stawić za dziesięć minut. - Starszy mężczyzna lekko uniósł brwi, widząc, że jego chlebodawczyni ledwo powstrzymuje gniew.
- Czy mogę zasugerować, by panienka trochę poczekała? - Chciał kontynuować, ale Barbara Sowińska wpadła mu w słowo.
- Nie, Janie. Teraz. - Jan w odpowiedzi skłonił jedynie głowę i wyszedł. Znał Basię na tyle, by wiedzieć, że w tej chwili dyskusja nie ma sensu.


- Co to ma znaczyć?! - Na stole znajdującym się na środku małego pokoiku wylądowała rzucona koperta, z której wysunęły się zdjęcia. - Słucham. - O ile pierwsze pytanie zadane zostało pełnym furii tonem, o tyle drugie stwierdzenie było zimne niczym lód.

- Hm… Może, że wróciliśmy do czasów, gdy pan woła, a niewolnik pojawia się i z psim uwielbieniem biegnie, by zdążyć na kolejną porcję rozkazów? W dziesięć minut? - Włosy odpowiadającej Wiktorii były mokre, ścieżki wilgoci znaczyły też suknię.

Mariusz Węgielski nie odpowiedział ani słowa. Patrzył z niedowierzaniem na zdjęcia.

Jeżeli odpowiedź Wiktorii miała zbić z pantałyku gospodynię, zupełnie jej się to nie udało.

- Powtórzę jeszcze raz. - Lód w głosie Barbary Sowińskiej nieco się zmniejszył, do pewnego stopnia znów zastąpiony przez furię. - Co to ma znaczyć? To ja wam daję swobodę, goszczę we własnym domu, i oczekuję jedynie, że będziecie się potrafili zachować. Zaufałam wam obojgu! A co dostaję w zamian?! Żądam wyjaśnień. - Tym razem jej głos przepełniony był zimną furią.

- Nie mam z tym nic wspólnego! Przysięgam! To jest… - Widać było, jak Mariusz rozpaczliwie szuka odpowiednio potępiającego słowa. - To jest…

Wiktoria wzięła kilka zdjęć i zaczęła je przeglądać.

- To podłe! To uwłaczające! - Pokazała palcem na jedno ze zdjęć. - Autor mnie pogrubił! - Dodała z wyraźnym rozbawieniem.

Mariusz całkowicie zgłupiał. Nie wiedział, czy ma się bać, czy być oburzonym i czy czego oczekiwałaby Barbara Sowińska.

- Bezczelnością nic nie wskóracie. - Furia w głosie Barbary stała się odrobinę wyraźniejsza. - Wymówkami też nie. Żadne z was. - Rzuciła identyczne spojrzenie zarówno Wiktorii jak i Mariuszowi. - Słucham.

- To powiedz, co chcesz usłyszeć. Bezczelność nie pomaga, humor nie pomaga, to czego oczekujesz? Może nam powiedz, przytaknijmy i skończmy tą farsę. - Wiktoria oparła ręce na biodrach i przekrzywiła głowę. Wzdrygnęła się, gdy woda zaczęła ściekać jej po ramieniu.

- Jak śmiesz! Coś takiego pani Barbarze Sowińskiej powiedzieć! - Zamilkł, uciszony uniesioną ręką Barbary.

- Jeżeli przeszliście ze sobą na 'ty', to wyłącznie wasza sprawa. Ja jednak z żadnym z was się na to nie zgodziłam: ani z panną Diakon, ani z panem Węgielskim. - Wypowiedź była chłodna, furia przycichła. - A oczekuję usłyszeć od was prawdę. Chcę wiedzieć, czy mogę was traktować jak dorosłych ludzi, czy powinnam jak dzieci prowadzić za rączkę.

- Wybacz, Pani! - Dużą literę można było usłyszeć. Barbarę trafił szlag. Gwałtownie odwróciła się w stronę mężczyzny.

- Nie jestem niczyją panią! - Gniewu w jej głosie nie można było pomylić z niczym innym. - Nie składał mi pan hołdu lennego, więc proszę się do mnie nie zwracać jak do udzielnego władcy. - Mężczyzna zbladł i skulił się na krześle. Na twarzy Wiktorii pojawił się trochę głupi uśmiech.

- Przepraszam, jeżeli którakolwiek z akcji, którą przedsięwziąłem od czasu przybycia tutaj, została przez panią uznana za niezgodną z oczekiwaniami i planami. Jednak pragnę zapewnić, że miałem jedynie dobro pani na uwadze… A z TYM naprawdę nie mam nic wspólnego. - Wyrzucił z siebie szybko, rzucając spłoszone spojrzenia dookoła.

Wiktoria opanowała uśmiech i skupiła się na oglądaniu zdjęć.
Barbara Sowińska stanowczym gestem wyjęła jej zdjęcia z ręki i odłożyła je na stół.

- Proszę nie udawać. Wszyscy tutaj dobrze wiemy, że tych zdjęć na pewno nie zrobił pan Węgielski. - Słysząc te słowa, Mariusz przestał drżeć jak osika.

Wiktoria rzuciła w jego stronę lekkie spojrzenie i trochę się uśmiechnęła.

- Przyznaję, że wątpię w to, że byłby zdolny do tak… do takiego czynu. - Lekko pokręciła głową, z niedowierzaniem i odrobiną zażenowania.

- A zatem oczekuję wyjaśnień, skąd to się wzięło. - Słowa te zostały wypowiedziane spokojnie. - Ponieważ tak, jak jest, nie mogę żadnego z was zostawić samemu sobie nawet na pięć minut. Dokładnie z tego samego powodu, dla którego pilnuje się dzieci.

- To znaczy, łaskawa pani Barbaro Sowińska, pierwsza kandydatko do dziedziczenia rodu Sowińskich? Przepraszam, jeżeli pominęłam któryś tytuł. - Po Wiktorii było wyraźnie widać, że za beztroską fasadą kryje się gniew. Dziewczyna ledwo panowała nad sobą.

- W tej chwili jestem po prostu Barbarą Sowińską, a mój ród na razie nie ma nic do rzeczy. To jest mój dom. Macie w nim swobodę. Możecie wchodzić i wychodzić wedle woli, i nikt was nie kontroluje… - Wiktoria przygryzła wargę. Barbara zwróciła się do Wiktorii. - Zgodnie z naszą umową ma pani pełną swobodę, i nikt nigdy pani nie śledził z mojego polecenia. - Mariusz zbladł. - W zamian oczekiwałam jedynie, że będzie się pani potrafiła zachować.

- Przepraszam, łaskawa pani, pierwsza kandydatko do dziedziczenia rodu Sowińskich! Ale czy łaskawa pani, pierwsza kandydatka do dziedziczenia rodu Sowińskich może mi powiedzieć, kiedy to nie zachowywałam się tak, jak łaskawa pani, pierwsza kandydatka do dziedziczenia rodu Sowińskich tego ode mnie oczekuje? - Wiktoria podniosła głos i zacisnęła pięści.

- Proszę nie zwracać się takim tonem do pani Barbary Sowińskiej! Proszę znać swoje miejsce! - Mariusz, wyraźnie roztrzęsiony, starał się zapunktować.

- Kolega nie słuchał na ostatnim kursie podlizywania. Tak się tego nie robi. - Wiktoria spojrzała w jego stronę z pogardą.

- Jak śmiesz!…

- Wystarczy. - Barbara wkroczyła, zanim Mariusz zdążył powiedzieć coś więcej. - Tu nie chodzi o politykę. Nadużywanie tytułów nikomu tu nie pomoże. Tu chodzi o moje zaufanie do was obojga.

- Proszę o wybaczenie, ale nadal nie wiem, jak się mam do łaskawej pani zwracać w tym świetle. I naprawdę przepraszam za użycie drugiej osoby liczby pojedynczej. Obiecuję, że to się nigdy nie powtórzy. - Nie wiedzieć czemu, w ustach Wiktorii zabrzmiało to jak groźba.

- Czy tak trudno zwracać się do mnie jak do kogoś spotkanego na ulicy? Czy posiadane przeze mnie tytuły zawsze będą wszystkim przysłaniać mnie? - Przez chwilę w głosie Basi mignął smutek, jednak bardzo szybko podniosła ponownie chłodne spojrzenie na Wiktorię. - Oczekuję, że będzie się pani zwracać do mnie tak samo, jak ja do pani. I to samo dotyczy pana. - Zwróciła się w stronę Mariusza.

- Dziękuję pani. - Mariusz poczuł się pewniej, choć wyraźnie starał się zrozumieć pierwszą część wypowiedzi.

- A czy za tytułem jest żywa osoba? Spotkana na ulicy? - Zapytała Wiktoria szyderczo.

- A jeśli powiem, że tak, to czy mi pani uwierzy? Może, gdyby zapytała pani Juliana Krukowicza… I jego niskiego przyjaciela z kozią bródką… - Niemal wbrew sobie Basia uśmiechnęła się na chwilkę na wspomnienie Baal-Baalona.

- Proszę nie mieszać w to tego imbecyla. Jego opinia jest nieistotna. Nie potrafiłby ocenić człowieka nawet, gdyby ten go skrzywdził. Jeśli z takimi ludźmi się pani zadaje.. - Wiktoria prychnęła, przymykając oczy. Basia widziała, jak trudno było jej powiedzieć to, co powiedziała.

Ona najwyraźniej lubiła Juliana, który zresztą mówił o niej ciepło. Ale żeby aż tak ostro..? Dla Basi jasne było, że ta gwałtowna reakcja miała na celu odwrócenie jej uwagi od tego maga. Najwyraźniej Wiktoria była jej aż tak bardzo wroga, że gotowa była uderzyć we własnego przyjaciela, jeśli tylko mogło to sprawić, żeby Barbara Sowińska się nim nie interesowała.
Basia westchnęła cicho, lekko potrząsając głową. "Czy naprawdę jestem aż takim potworem?…" Ta myśl zabolała.
Po krótkiej chwili Basia opanowała się na tyle, by ponownie popatrzeć obojgu w oczy, już całkowicie spokojnie.

- Co do zachowania was obojga… Myślicie, że nie widzę, jak na zmianę jedno z was chodzi zadowolone z siebie i dumne, a drugie zagryza wargi z wściekłością? Kilkakrotnie oboje z was pytałam, czy wszystko jest w porządku. Otrzymawszy odpowiedź twierdzącą założyłam, że mogę zaufać waszej ocenie sytuacji i pozwoliłam wam dalej spokojnie działać bez przeszkód. I ni z tego ni z owego widzę to? - Basia wykonała gest w stronę stolika. - Jeżeli nie potraficie się porozumieć, chętnie będę służyła za rozjemcę. Jeśli nie chcecie mnie w tej roli, wybierzcie kogoś innego. Czy jeśli w waszym pokoju wybiłoby kran, poinformowalibyście kogoś o tym, czy naprawilibyście usterkę sami? Starcia pomiędzy domownikami są rzeczą normalną, ale czasem są gorsze niż najgorszy tajfun.

- Chciałem bardzo przeprosić, bo przyznaję, że jestem części tego winny. To zaczy, nie tego! - Mariusz zmitygował się szybko patrząc na zdjęcia. - Ale… to już chyba pani wie. Przyznaję, że dążyłem do konfrontacji z panią Diakon.

- Wiktorią. - Powiedziała Wiktoria spokojnie. - Nieważne, czy się lubimy, tytułowanie mnie 'panią' uważam za dziwne. Jak już, to 'panno'. Ale to może ci… przepraszam, panu przez gardło nie przejść.

- Chciałem wyznać, że być może to ja zawiniłem na samym początku. Podstępnie doprowadziłem do tego, iż - Zawahał się - panna Diakon skończyła z długiem wobec mnie. - Widać było, jak dużo kosztowało go to przyznanie.

- Dziękuję. - Basia skinęła głową ze szczerą wdzięcznością, nie dbając o to, że najpewniej przez oboje będzie ona uznana za grę.

Wiktoria pokręciła głową z niedowierzaniem.

- Wiesz… - Zwróciła się do maga. - nie to, że ja puściłam to płazem. Zdjęcie pytona mogło zdenerwować niejednego, łącznie z tymi innymi dodatkami.

Basia przez chwilę myślała, że nie uda się jej zachować pokerowej twarzy, na szczęście jednak lata praktyki zrobiły swoje. Mariusz spojrzał w bok i zacisnął pięści, lecz po chwili rozluźnił ręce.

- Jeżeli moje działania przyniosły szkody pani Sowińskiej… - Zaczął, lecz Basia mu przerwała.

- Ja tutaj nie mam nic do rzeczy. Potrafię sobie poradzić. Jednak dużo łatwiej będzie mi cokolwiek osiągnąć wiedząc, że mogę liczyć na współpracowników, ze świadomością, że nie wywiną mi jakiegoś numeru. - Cała złość przeszła i Basi zrobiło się trochę głupio.

- Na współpracowników czy sługi? - Spytała Wiktoria ostro. Mariusz wyraźnie wciągnął powietrze, ale nic nie powiedział.

- Na współpracowników. Nie chcę sług. - Odpowiedź Basi była spokojna. Furia wyparowała, zastąpiona przez widoczne zmęczenie.

- Współpracowników nie woła się na za dziesięć minut niezależnie od okoliczności. I nie wyzywa od głupich dzieciaków. - Wiktoria wyraźnie dążyła do konfrontacji.

Basia westchnęła, lekko opuszczając ramiona. Przybrała nieco mniej konfliktową postawę. Mogłaby dążyć do konfrontacji, i rozjątrzać Wiktorię, ale wolała tego uniknąć, zwłaszcza z Węgielskim przysłuchującym się rozmowie. Tym bardziej, że częściowo Wiktoria miała rację.

- Przynajmniej w jednym punkcie ma pani rację. Przepraszam was oboje. Przyznaję, że trochę mnie poniosło. Nie powinnam żądać waszej natychmiastowej obecności, powodowana impulsem. Jednak, tak jak i wy, jestem tylko człowiekiem. - Basia po kolei spojrzała obojgu w oczy.

- Nie ma pani za co przepraszać. Takie rzeczy są normalne. - Rzucił Mariusz lekko. On był do takiego traktowania przyzwyczajony…

- Przeprosiny przyjęte. - Skinęła głową Wiktoria chłodno.

Basia tymczasem zwróciła się do Mariusza.

- Widzi pan… Ja nie chcę, żeby to było u mnie normalne. - Postanowiła nie wyjaśniać dalej. Mariusz najwyraźniej nie zrozumiał, ale nie miał odwagi poprosić o wyjaśnienie.

- Niemniej jednak - Basia ponownie spojrzała na oboje. - muszę wiedzieć, czego mam się spodziewać w związku z waszym konfliktem. - Mówiła rzeczowo i spokojnie.

- Jak rozumiem, życzy pani sobie nie być informowaną o jakichkolwiek konfliktach pomiędzy nami. - Wiktoria wyrażała się ostrożnie, w bardzo formalny sposób.

- Jestem skłonny przerwać wszelkie operacje bojowe. Po prostu nie chcę być atakowany bez możliwości odwetu. - Mariusz postanowił wybrać nieco bardziej bliskie intencjom Basi słowa.

- Pan Węgielski jest bliższy temu, o co mi chodziło. - Na twarzy Wiktorii pojawił się zimny uśmiech, a Mariusz skinął głową twierdząco. - Jednak pan Węgielski nie uchwycił sedna sprawy. Wolałabym, żebym nie wiedziała o starciach dlatego, że ich nie ma, a nie dlatego, że je przede mną ukrywacie. Zakazywanie wam jakichkolwiek utarczek mija się z celem. Drobne starcia rozładowują napięcie i pozwalają na oczyszczenie atmosfery. Ale to - Basia wskazała ręką na stół. - jest odpowiednikiem wrzucenia granatu do szamba. - Mariusz zbladł, słysząc taki dobór słów i wyraźnie nie wiedział, jak się zachować. Wiktoria się uśmiechnęła. - Nie zamierzam wam grozić. Nie zamierzam wam niczego nakazywać. Zamierzam was poprosić, żebyście nie walczyli pomiędzy sobą. Z całą pewnością kontynuacja walki nie poprawi mojego zdania o was, ani nie sprawi, że odzyskacie moje zaufanie. Walcząc między sobą zmarnujecie jedynie środki, które w innym wypadku moglibyście wykorzystać dużo lepiej. - Wiktoria wyraźnie chciała coś powiedzieć, ale powstrzymała się i pokręciła głową.

- Życzy sobie pani, bym nie podejmował żadnych działań mających na celu osłabienie możliwości ani samopoczucia panny Diakon? - Zapytał Mariusz z wahaniem w głosie.

- Proszę was, żebyście zamiast walczyć spróbowali rozwiązać spór pomiędzy wami na drodze kulturalnej rozmowy.

- Tu nie ma sporu - Wiktoria jak zwykle była nieoceniona. - Kolega lizus jest po prostu obleśny. - Mariusz nabrał powietrza, ale zacisnął zęby. Nic nie powiedział.

- Co pani ma na myśli? - Basia tymczasem postanowiła zignorować przytyk do Mariusza.

- Panna, jeśli łaska. - Rzuciła Wiktoria mimochodem. - Cóż… Normalni ludzie nie śledzą ładnych dziewczyn, nie zaglądają im do szaf i nie wąchają ich bielizny. Do tego traktują nowo spotkane osoby z szacunkiem. I nie wpędzają ich w długi. No i do tego mają choć odrobinę kręgosłupa… Nie mówię, że wiele.

- Droga panno Diakon. Nie uważam, że osoba o pani stylu życia ma mi co zarzucać w dziedzinie prowadzenia się. Co do pozostałych zarzutów. Nie śledziłem pani. E… panny. Nie musiałbym śledzić, gdyby nie to, że odmówiła panna ze mną rozmowy i zamiast wyjaśnić mi swoją pozycję oraz sytuację zdecydowała się pani je ukrywać. A do tego komunikuje się pani z siłami zewnętrznymi w tak ostentacyjny sposób, że aż… - Mariusz się uniósł.

- Innymi słowy, jeśli nie powiem ci… przepraszam, jaśnie wielmożnemu panu, pierwszemu i najbardziej zaufanemu oficerowi pani Barbary Sowińskiej, tego, co chce wiedzieć, ma jaśnie wielmożny pan… i tak dalej prawo mnie śledzić i robić, co chce? Poza domem robię, co ja chcę. I nic panu do tego. Podobała się pułapka? - Wiktoria uśmiechnęła się sadystycznie. - I pyton?

Widząc, że Mariusz jest gotowy wybuchnąć, niwecząc wszystko, do czego dotąd udało się dojść, Basia postanowiła zainterweniować.

- A zatem, o ile dobrze rozumiem, początkowo konflikt wyniknął z nieporozumienia w kwestii waszej wzajemnej pozycji? Dlaczego zatem nie przyszedł pan do mnie wyjaśnić sprawy? - Zwróciła się do Marcina. - A panna, dlaczego nie przyszła do mnie w chwili, gdy się zorientowała, że jest śledzona?

- Cóż, jest to pani dom i pani agent. Nie wierzyłam, że osoba tak silnie kontrolująca każdy aspekt życia swoich podwładnych, nie zwróciłaby uwagi na ten jeden drobny szczegół. - Stwierdziła Wiktoria, patrząc Basi prosto w oczy.

- Proszę pani, gdyby była jakaś specjalna informacja, gdyby to było ważne, powiedziałaby mi pani o tym. Albo oddelegowała kogoś. Desygnowała pani pannę Diakon jako gościa. Gość oznacza ważną osobę z zewnątrz. Tak samo godną zaufania, jak każda osoba z zewnątrz. - Mariusz rozłożył ręce, przepraszając Basię za swoje zachowanie i jednocześnie broniąc swojej decyzji.

- I tu się zgadzam z kolegą Węgielskim. Co prawda jest uparty i obrzydliwy… Ale miał prawo zrobić to, co zrobił. Co nie zmienia faktu, że z mojego punktu widzenia nasze ustalenia zostały jednostronnie nadwyrężone. Ale JA nie biegam i nie wołam pani, że ma się pani u mnie stawić za dziesięć minut, mimo, że to dużo poważniejsza sprawa. - Wiktoria znów spróbowała sprowokować starcie.

Mariusz poderwał się z krzesła.

- Proszę siadać. - Basia osadziła go na miejscu. - Przyznaję, po części to najwyraźniej moja wina. Jednak, żeby być dokładnym, panny pozycja określona została jako 'gość specjalny'. - Zwróciła się do Wiktorii. - Pan Węgielski jest tutaj nowy, dlatego też wina za część jego działań spada na mnie. Najwyraźniej jeszcze nie zdążył poznać wszystkich ustaleń oraz specyfiki pani sytuacji, ale pani obowiązkiem jest zgłosić mi wszelkie zgrzyty. Przecież z tego, co o pani wiem, zwykle pani tak robiła. Skąd to założenie tak ogromnie złej woli z mojej strony? Czy dałam po temu jakieś powody? - Basię coraz bardziej zadziwiał i przerażał poziom nieufności Wiktorii wobec niej.

Wiktoria spojrzała kątem oka na Mariusza starającego się zrozumieć, o co chodzi w tej dyskusji.

- Nie wiem, czy jest rozsądne rozmawianie o tych rzeczach w obecności osób trzecich. Zgodnie z pani wolą. - Machnęła ręką, demonstracyjnie strząsając krople w kierunku Mariusza. Mężczyzna lekko oburzył się tym w jego opinii lekceważącym gestem, ale zmilczał. Basia rzuciła mu krótkie, aprobujące spojrzenie. W odpowiedzi kiwnął potakująco głową. Basia tymczasem zwróciła się do Wiktorii.

- Z chęcią porozmawiam w cztery oczy. Wróćmy jednak do waszego konfliktu. Mówione było coś o długu oraz o jakichś zdjęciach. Chciałabym, żebyście zaczęli od nowa. Tak, jakbyście się nigdy wcześniej nie spotkali. - Być może nie było na to zbyt wielkich szans, ale zawsze warto spróbować.

- Zdaje sobie pani sprawę, że wcale się nie musimy lubić na czysto? - Zapytała spokojnie Wiktoria.

Basia potakująco skinęła głową.

- Nie oczekuję tego. - Odpowiedziała spokojnie. - Ani od panny, ani od pana. Nie musicie się lubić. Ale chcę, byście potrafili w razie potrzeby współpracować.

Mariusz spojrzał na Wiktorię. Ona wzruszyła ramionami.

- Na mnie nie patrz. Nie zrobiłam nic nieodwracalnego. Mogę przeprosić. Będzie to wymuszone, ale przeproszę. - Wiktoria obdarowała maga uśmiechem, któremu z technicznego punktu widzenia nie można było nic zarzucić, ale który sprawiał wrażenie, że boli ją ząb. - Jednak ty doprowadziłeś do tego, że mam trwałą stratę. Zdecydowanie obniża to moją efektywność. Nie tylko w zakresie projektów prywatnych, ale i w zakresie projektów dla pani Sowińskiej. Więc w twoim interesie jest, bym odzyskała to, co straciłam. Chyba, że uznasz, że pani Sowińska potrzebuje ładnie wyglądającą dziewczynę, a nie eksperta. Cóż, jej strata. - Wzruszyła ramionami.

Mariusz przetarł oczy.

- Dobrze, oczywiście, mogę ten dług anulować. Nie ucierpiała pani nic więcej. - W swojej opinii, mówił prawdę.

- Dobrze. Przyznaję. Nic więcej nie możesz zrobić. - W głosie Wiktorii słychać było autentyczną, nie ukrywaną pogardę.

Basia postanowiła popchnąć tą dyskusję w stronę końca.

- Mogę zatem uznać to za możliwość rozpoczęcia skutecznej współpracy? - Pytanie zadane zostało trochę zmęczonym głosem.

- Jak tylko pani sobie życzy. - Odpowiedział Mariusz.

- Jeżeli tylko nie muszę go widzieć ani wchodzić z nim w interakcje. - Wiktoria wzruszyła ramionami.

- Na razie nie będziecie do tego zmuszeni. Proszę również, by wszelkie mniej lub bardziej kompromitujące materiały zostały albo zniszczone, albo zwrócone zainteresowanej stronie. Wszystkie oryginały oraz kopie.

- Nie mam nic takiego. - Stwierdził spokojnie mag.

- Z przyjemnością zwrócę zdjęcie legendarnego pytona wraz z jego kuzynami z gimpa. - Mariusz się zaczerwienił, słysząc radosny głos Wiktorii.

- Doskonale… Skoro tą sprawę możemy uznać za rozwiązaną, pozwolicie, że wrócę do swoich zajęć. Z każdym z was będę chciała kontynuować tą rozmowę nieco później, już w cztery oczy.


- Po pierwsze chciałem panią jeszcze raz przeprosić za kłopot, który spowodowałem. Nie powinienem był się unosić. Nie powinienem był dać się sprowokować tej kobiecie. - Mariusz przeprosił Basię po raz chyba szesnasty. Straciła już rachubę.

- To prawda, ale rozpamiętywanie tego i przepraszanie bez końca jest bez sensu. Przeprosił pan raz, szczerze i to mi wystarczy, ponieważ 'przepraszam' często oznacza 'już nie będę'. Przeprosił pan, nikomu nie stała się trwała, nieodwracalna krzywda, więc proszę już to zostawić. - W głosie czarodziejki dało się słyszeć lekkie zmęczenie.

- Jak pani sobie życzy. Będę szczery, myślałem, że to test. - Basia oparła głowę na rękach i potarła skronie.

- Racja… To moja wina. - Mruknęła bardziej do siebie niż do niego.

- Proszę się nie winić. To ja powinienem być ostrożniejszy, choć przyznaję, że nadal nie rozumiem, do czego pani może przydać się ktoś taki jak ona. - Wyglądał na nieco zagubionego.

- Proszę kontynuować. - Basia wciąż masowała skronie.

- Proszę pani. - Mariusz ciężko westchnął. - Powszechnie znane są pani relacje z panią Ewą Zajcew. Jakkolwiek pani Zajcew jest osobą niebezpieczną i wyraźnie niezrównoważoną, wspierana jest co najmniej na poziomie politycznym przez ród Zajcewów. Nie są oni ważni z punktu widzenia polityki, ale uważają inaczej. I poprzez utrzymywanie kontaktów z Ewą Zajcew ma pani możliwość ich wykorzystać. To ma sens. - Basia się uśmiechnęła, z niedowierzaniem leciutko kręcąc głową. Jak bardzo mylnie można zinterpretować jej motywy? Mariusz, ośmielony uśmiechem, kontynuował. - Tymczasem Wiktoria Diakon, proszę o wybaczenie, ale to idealny kandydat na test. Jest sama. Ma silnych wrogów i nie ma sprzymierzeńców. Przyznaję, jest inteligentniejsza niż myślałem, ale nie jest dość inteligentna, by ryzykować potencjalną utratę wpływów ze strony Millenium. Rozumiem, gdyby przyszła do pani prosząc o ochronę. Ale tak nie jest. Ona wszystko zawdzięcza pani, a stara się zachowywać, jak gdyby to ona robiła pani łaskę lub była pani równa. Dobrze, zgadam się, są wybitni magowie, wybitni eksperci, którzy mogą sobie na to pozwolić. Ale ona nie! Dlatego nie potrafię zrozumieć, po co pani Wiktoria Diakon.

Basia ponownie pomasowała skronie, szukając sposobu, by wyjaśnić mu coś, czego w tej chwili nie był w stanie zrozumieć.

- Staram się wywrzeć odpowiednie wrażenie na odpowiednich osobach. Do tego potrzebuję jej. Nie jest to plan, którego efektów oczekuję dziś czy jutro. - Postanowiła powiedzieć coś, co nie było bardzo dalekie od prawdy, a co mógł przyjąć.

- Rozumiem, choć nie jestem pewien, która frakcja może być przedmiotem pani działań. - Mariusz się zawahał, starając się przeanalizować plan Basi.

- Wcale nie mam pewności, że cokolwiek się z tych zamierzeń powiedzie. Jeśli nie, to i tak nie ma znaczenia. Próbuję działać w wielu kierunkach, a w niektórych wypadkach muszę się zająć przebiegiem sprawy osobiście. - Basia naprawdę nie miała siły wymyślać kolejnego 'kłamstwa dla dzieci'.

- Oczywiście. - Szybko przytaknął Mariusz, najwyraźniej rozumiejąc, że ma tu nie wtykać nosa.

- Jednak mam dwie uwagi. Po pierwsze: Niezależnie od tego, jak jest przyjęte gdziekolwiek indziej, ja od swoich ludzi oczekuję uprzejmości. Zawsze i wobec wszystkich. Również wobec zwykłych ludzi. Uprzejmość nic nie kosztuje, a często otwiera wiele drzwi. Nie oczekuję anielskiej cierpliwości, nie żądam niemożliwego. Ale oczekuję uprzejmości. Po drugie… Jeżeli ma pan jakiekolwiek wątpliwości, proszę zapytać mnie. Nie zawsze odpowiem, ale zawsze postaram się dać jakieś wyjaśnienie. Jeżeli z jakichś powodów jestem niedostępna, najbardziej zorientowaną osobą w okolicy jest Jan.

- Jan… nie jest magiem, prawda? - Zapytał zdziwiony Mariusz.

- Nie. Ale przekazuje moje życzenia. Nie jest też zwykłym człowiekiem. Proszę o nim myśleć jako o moim przedłużeniu. - Basia uśmiechnęła się na myśl o biednym magu, który spróbuje zaatakować Jana.

- Jak pani sobie życzy. Czy mogę mieć pytanie? - Odważył się po chwili.

- Słucham?

- Czy mogę prosić o jakieś zadanie do wykonania? Obszar, który chciałaby pani usprawnić?

- Oczywiście. - Uśmiechnęła się Basia. - Szczegóły znajdzie pan tutaj. - Basia wręczyła Mariuszowi teczkę. Jeśli będzie pan miał jakieś wątpliwości, wie pan gdzie mnie szukać. I jeszcze jedna rzecz.

- Tak? - Mariusz wyglądał na niepewnego, gdyż ani ton głosu ani postawa Basi nie dały mu wskazówek, o co może chodzić.

- Jestem jednocześnie przyjemnie zaskoczona i rozczarowana pana postawą w pewnej kwestii, a mianowicie pana stosunku do innych ludzi. Moja prośba pośrednio się z tym wiąże. Potrafi pan być uprzejmy wobec służby, - Basia posłała mężczyźnie uśmiech. - co jest dobrym początkiem. Bardzo mnie to cieszy, a o panu świadczy dobrze. Mam nadzieję, że ten dobry początek rozwinie się w coś więcej. To, co panu powiem, proszę potraktować jako moją osobistą prośbę. - Spojrzenie młodej czarodziejki mówiło, że jest to ważna sprawa. - Lub, jeżeli pan tak woli, może pan to uznać za polecenie. - Ostatnie zdanie wypowiedziane zostało ciszej, jakby niechętnie. Wypowiadając następne słowa, Barbara wyprostowała się i pochwyciła spojrzenie Mariusza. - Chcę, by niezależnie od zlecanych panu zadań, w trakcie ich wykonywania dążył pan do minimalizacji szkód wyrządzonych innym. Zwłaszcza zwykłym ludziom. Magowie zazwyczaj potrafią się obronić, choć nie należy uważać, że oznacza to, że można ich bezkarnie krzywdzić. Mam świadomość, że stosowanie się do tej prośby utrudni panu osiągnięcie celów w wielu wypadkach, jednak każda osoba, której mogła stać się krzywda, a się nie stała, podniesie moją o panu opinię. Natomiast nie stosowanie się do tej zasady oznaczać będzie, że otrzymywać pan będzie tylko zadania, w których niemożliwe będzie jej złamanie. Z całą pewnością nie będę tolerować wyręczania się ludźmi w jakikolwiek sposób zdominowanymi magią, doprowadzaniem do ich krzywdy i narażaniem ich tylko dlatego, że nie mają się jak obronić. Pojęcie 'ofiar koniecznych', z góry skazanych na poświęcenie, dla mnie nie istnieje, niezależnie od tego, czy miałoby dotyczyć magów czy ludzi.

- Oczywiście, jak pani sobie życzy, ale czy mogę wiedzieć, dlaczego? - Spytał bardzo zdziwiony Mariusz.

Basia westchnęła ciężko.

- A uwierzy mi pan, jeśli powiem, że dla spokoju ducha? - Spytała zmęczonym głosem.

- Tak, oczywiście, potrafię to zrozumieć. - Powiedział Mariusz, przyjmując to jako fanaberię swojego pracodawcy. - Zdaje sobie pani sprawę z tego, że to utrudni mi życie i uniemożliwi część operacji? Wiem, że pani to powiedziała, ale naprawdę są takie sytuacje…

Basia rzuciła mu bardzo zmęczone spojrzenie.

- Myśli pan, że o tym nie wiem..? Zazwyczaj staram się nie rzucać słów na wiatr. Jeżeli odstąpi pan od wykonania zadania z podanego przeze mnie powodu, nie zamierzam wyciągać konsekwencji. Oczekuję po prostu, że rozpatrzy pan wszystkie możliwości, a w swoim rachunku 'za' i 'przeciw' będzie pan uwzględniał ten dodatkowy czynnik, i że nie będzie to element marginalny. Jeżeli w wyniku pana działań kogoś może spotkać coś złego, a uniknięcie tego jest możliwe, ja osobiście wybieram opcję uniknięcia krzywdy.

- Jak pani sobie życzy. - Przytaknął Mariusz.


- Chciała pani ze mną rozmawiać. - Wiktoria ubrała się bardzo wytwornie, w nieco staroświeckim stylu, na czarno. Na ręce włożyła jedwabne rękawiczki.

- Pozwoli pani, że ponowię swoje pytanie. Skąd założenie tak wielkiej złej woli z mojej strony? - Basia westchnęła lekko, przygotowując się na cokolwiek.

- Całokształt. Trudniej uwierzyć w dobrą niż złą wolę. Mam to rozwinąć? - Odpowiedź Wiktorii była zadziwiająco spokojna.

Basia westchnęła głęboko.

- Tak, poproszę.

- Jestem tu od trzech tygodni. W ciągu tego czasu… - Wiktoria zastanowiła się chwilę. - Nie, nie tak. Zostałam pani oddana przez naszą organizację, ponieważ zażyczyła sobie pani możliwości kontaktu i możliwości działania w sprawach zgodnych z działaniami naszej organizacji. - Uśmiechnęła się gorzko. - Może byłam naiwna, ale zgłosiłam się na ochotnika.

Basia w zdziwieniu uniosła głowę.

- Dlaczego? Skoro jestem tak okrutna, niebezpieczna i ogólnie nieprzewidywalna, czemu postanowiła pani zgłosić się dobrowolnie? - Zapytała ostrożnie.

Wiktoria spojrzała oskarżycielsko na Basię.

- Nie wiedziałam, jak bardzo okrutny, niebezpieczny i ogólnie nieprzewidywalny może być mag KADEMu - Każde słowo Wiktorii raniło Basię coraz mocniej. - któremu służy czarodziejka pomagająca ludziom. Ja potrafię współpracować z arystokracją. Jestem logicznym wyborem. Za mało znacząca, by móc coś zepsuć w planach politycznych, zbyt istotna, by po prostu zniknąć. Myślałam, że będę mogła pomóc w ten sposób bardziej, niż do tej pory.

- A mimo to od samego początku odnosi się pani do mnie co najmniej niechętnie.

- Sposób, w jaki pani wymusiła na nas konieczność utrzymywania oficera łącznikowego jest dla nas po prostu niegodny. Mimo tego byłam skłonna pani pomóc. Jednak pani nie zrobiła nic. Dodatkowo, od samego początku założyliśmy, że być może jestem na poświęcenie. Na początku jednak zdecydowaliśmy się dać pani kredyt zaufania. - Wiktoria skinęła głową. - W świetle ostatnich wydarzeń mam wrażenie, że niesłusznie.

- Proszę wybaczyć, ale to wasza agentka o pseudonimie Virus sama zaproponowała przysłanie oficera łącznikowego. Ja na to nie nalegałam. - Basia zdecydowała się skontrować. Nie wszystkiemu była winna. - Pani pojawienie się było dla mnie zaskoczeniem. - Wiktoria się lekko uśmiechnęła. Wiedziała to. To ona była Virus.

- Tak, oczywiście. Virus powiedziała nam to. Ale nie było żadnej sensownej alternatywy. Telefon komórkowy można namierzyć. - Wiktoria spojrzała na Basię spod przymrużonych oczu. - Nie było innego wyjścia.

Basia postanowiła wytknąć lukę w logice.

- Telefonu można się w każdej chwili pozbyć. A osobę można śledzić…

- Oczywiście! - Wiktoria przerwała Basi. - Dlatego od czasu, jak tu jestem, nie wykonałam ani jednej misji z ani jednym członkiem naszej organizacji. Nie kontaktowałam się z nimi. Owszem, mogę się z nimi skontaktować, ale nawet nie wiem, gdzie się znajdują, na wypadek, gdybym została zdominowana. Z telefonem nie byłoby tak łatwo… Plus, jeżeli teraz pani nas zdradzi, to zostanę zniszczona tylko ja. Gdybyśmy pani zawierzyli i posiadali telefon… - Zawiesiła głos.

Oczy Basi widocznie rozszerzyły się w szoku.

- Aż tak źle się o mnie mówi? - To było jedyne, co zdołała wydusić w zdumieniu. Wiktorii wydało się, że widzi w jej twarzy smutek.

- Oczywiście, że nie. - Wiktoria się uśmiechnęła i pozwoliła, by włosy zakryły jej oczy. Nie wiedzieć czemu, ten uśmiech przywiódł Basi na myśl Venomkissa. - Jednak fakt, że po ściągnięciu mnie jako oficera łącznikowego nie zostałam poproszona o uczestnictwo w ani jednej misji, mimo, że przecież ten drugi sukkub gdzieś tam jest, fakt, że jako poplecznika otrzymuje pani ludzi od Myszeczków… a ja jestem pod obserwacją… Czyny mówią same za siebie, prawda? Nie jestem pionkiem, potrafię myśleć za siebie.

- Zarzuca mi pani, że nic nie zrobiłam. Ale pani sama nie jest lepsza. Miała pani dużo więcej czasu, który mogła wykorzystać choćby po to, żeby znaleźć sytuacje, w których mogłybyśmy współpracować. Nie twierdzę, że nie ma pani nic lepszego do roboty, - Basia nie pozwoliła sobie przerwać. - Ale w tej sytuacji… Przyganiał kocioł garnkowi.

- Przyganiał kocioł garnkowi?! - Wiktoria nawet nie próbowała udawać spokoju. - Przekonywałam… członków organizacji, że czarodziejka KADEMu mająca środki to jest okazja. Że da się coś zrobić, że to jest coś, co może przynieść korzyść… - Tym razem to Wiktoria uciszyła Basię jednym gestem, po czym kontynuowała, rozpędzając się coraz bardziej. - Ale mówili mi 'Nie rzucaj się na szeroką wodę', 'Wpierw pozwól jej pokazać, jaka jest, zobacz, jakie operacje ona będzie chciała robić, żeby się nie przyssała jak kameleon, żeby nie wpłynęła na twoją ocenę'. I co? A potem… Węgielski! - Wiktoria chciała kontynuować, ale zamilkła zaskoczona, gdy Basia walnęła pięścią w stół.

Pomimo gwałtowności gestu, następne słowa czarodziejki KADEMu były spokojne.

- Widzę, że posłuchała pani rady przyjaciół. I najwyraźniej obie przyjęłyśmy podobną taktykę… - Basia urwała, by nabrać oddech i Wiktoria wykorzystała okazję.

- Tak! Tylko, że jeżeli pani chciała kogoś, kto wykorzystuje pani surowce, to mogła je pani dać naszej organizacji, a nie ściągać mnie tutaj! Gorzej, że wyszłam jak na razie na idiotkę w organizacji.

- Czy pozwoli mi pani skończyć? - Nieco zniecierpliwiona Basia wpadła Wiktorii w słowo. Traktując swoje pytanie jako retoryczne, zaraz kontynuowała dalej. Wiktoria chciała jej przerwać, ale zacisnęła zęby. - Pan Węgielski jest tu z trochę innego powodu niż wydaje się pani sądzić. - Wypowiedź Basi była spokojna, czarodziejka nawet nie podniosła głosu. - Mniej więcej pod koniec pani pierwszego tygodnia tutaj przybył do mnie z wizytą patriarcha Myszeczków, oferując swoje poparcie. - Wiktoria prychnęła pogardliwie. Basia skinęła głową, choć Wiktoria nie potrafiła ocenić, czy było to zgodzenie się z jej opinią, czy przyjęcie jej do wiadomości. - Nie mam w tej chwili dość sił, by otwarcie odmówić jego propozycji, jednak udało mi się przekonać go, że w chwili obecnej i przez dłuższy czas taki sojusz nie będzie możliwy. Zamiast tego zaoferował przysłanie kogoś, by mi pomagał. Tutaj również udało mi się przekonać go, że osoba posługująca się tym samym nazwiskiem, co on nie byłaby dobrym wyborem. W tej chwili nie stać mnie na odmówienie mu we wszystkim. A pan Węgielski, choć jak każdy ma swoje wady, rokuje pewne nadzieje.

- Pewne nadzieje rokuje. - W głosie Wiktorii pojawił się lód. - Nie widziałam, by robił ludziom krzywdę. Jeżeli jednak zacznie…

- Jeżeli zacznie, będzie działał wbrew mojej woli i wyraźnemu życzeniu. - Przez chwilę w głosie Basi pojawiła się stal.

- Rozumiem. - Wiktoria spojrzała rozmówczyni prosto w oczy. - Po stronie zmuszającej mnie do nieufności wobec pani są następujące rzeczy: po pierwsze, sposób ściągnięcia agenta, czyli mnie i marnowanie jego czasu. Nie mogę nic zrobić. Nie mam kontaktu z organizacją, bo koszt był taki, że muszę sama je odciąć. Stąd, jeżeli pani czegoś nie robi, ja nic nie mogę zrobić. Unieszkodliwiła pani jednego maga, który naprawdę potrafi zrobić coś przydatnego. To jest raz.

- Mam na pani zarzuty odpowiadać od razu czy na koniec? - Spytała spokojnie Basia.

- Później. Wpierw dokończę. - Czarodziejka wzruszyła ramionami. - Dwa. Afiliacja z Myszeczkami. Ja rozumiem politykę. Ale nie ma pani żadnej innej afiliacji. Żadnej równoważącej. - Wyraźnie starała się powstrzymać gniew. - Owszem, mówi pani, że odrzuciła pani wsparcie. Nie twierdzę, że pani kłamie, ale nie mam jak tego sprawdzić. Po trzecie, nie robi pani nic takiego, co mogłaby zrobić organizacja. My jako organizacja mamy mniejsze środki niż pani, przynajmniej tak podejrzewam. - Wskazała na Basię palcem. - A jednak robimy dużo, dużo więcej.
Po stronie plusów. - Skinęła głową Wiktoria. - Zainteresowała się pani losem pewnej kobiety i odnalazła w ten sposób organizację… Lub przynajmniej pani ulotna agentka. Nic dalej nie zaliczam do plusów, ponieważ wszystko później mogło być tylko grą, by zdobyć sojuszników, tak samo, jak gra pani z Mariuszem Węgielskim, jeżeli mam pani wierzyć. - W głosie czarodziejki pojawiło się coś pomiędzy szyderstwem a goryczą. - I ostatni minus. Mówi pani o współpracownikach, a traktuje mnie pani jak sługę. Zrób to, nie rób tego, przyjdź wtedy… Owszem, wyjaśnia mi pani te powody swoich decyzji, które chce mi pani wyjaśnić. Ale nie mam możliwości na nie wpłynąć. - Pokręciła głową i zacisnęła pięści. - Siedzę tu i marnuję swój czas i pani czas. Po co jestem pani potrzebna, jeżeli nie ma zamiaru pani ze mną współpracować? Mogę wykonywać polecenia, ale gwarantuję, że będą wykonane z poziomem intelektualnym przeciętnego golema. Jestem szczęśliwa, że pojawił się Węgielski. Przynajmniej się nie nudziłam. I coś się działo. - Prychnęła jak kotka.

Basia przez chwilę milczała, przetrawiając słowa Wiktorii.

- Dobrze, moja kolej. Co do 'unieszkodliwienia' pani - Można było usłyszeć cudzysłów. - Po pierwsze, powtarzam, że nie nalegałam na pani, ani niczyją obecność. Rozumiem, mogliście uznać, że tak będzie dla was bezpieczniej, ale ja nikogo do przybycia tutaj nie zmuszałam.

- Dlaczego nie wspomogła pani nas finansowo, jeżeli chciała pani po prostu pomóc? Po co od razu smycz? - Wiktoria pokręciła głową z frustracją.

- Skoro pieniądze by was do mnie przekonały… - Widać było wyraźnie, że Basia nie wierzy w te słowa.

- Nie! - Krzyknęła Wiktoria.

- Sama pani widzi.

- Czyli robi to pani dla sławy? Nie dlatego, bo chce pani pomóc?

- Sława. - Prychnęła Basia, z widoczną pogardą. Zbyt często fakt, że jest rozpoznawana, był jej kulą u nogi. - Przyjęłam od was człowieka, źle. Dałabym finanse, też źle, i jeszcze pewnie uznalibyście mnie za głupią i naiwną arystokratkę. Proponuję kontakt telefoniczny - jeszcze gorzej. To co ja mam niby zrobić?! - Tym razem Basia podniosła głos.

- A co pani chce zrobić? - Spytała Wiktoria z ironicznym uśmiechem. - Gdyby zostawiła nas pani w spokoju, nie pomagała i nie przeszkadzała, wyszłaby pani na tym lepiej. Mogła pani po prostu spytać Virus. 'Słuchajcie, chcę wam pomóc. Jak to zrobić?' Ale nie! Zarzut numer trzy! To, co pani zrobiła, to było 'Coś robicie, od tej pory mam mieć z wami stały kontakt' Zero szacunku dla nas! Dla naszych opinii, i tego, co uważamy! To pani decyduje, a my mamy słuchać! - Ostatnie słowa Wiktoria wykrzyczała.

Widząc, że ten kierunek dyskusji donikąd nie prowadzi, Basia postanowiła zmienić kąt natarcia.

- Czego chcę? Chcę móc wiedzieć, że mogę choć trochę na pani polegać, skoro już pani tutaj jest. Dałam pani do dyspozycji laboratorium i środki, ale nie wykorzystuje ich pani. Dałam pani pełną swobodę; o postępowaniu pana Węgielskiego nie wiedziałam. - Basia ponownie zaznaczyła ten ostatni fakt.

- Prawda, po człowieku od Myszeczków nie dałoby się tego domyślić. - Prychnęła Wiktoria.

- Od Myszeczków czy od Diakonów… każdy dostaje u mnie na początku taki sam kredyt zaufania, o ile nie ma przesłanek, by było inaczej. - Basia wytrzymała spojrzenie Wiktorii.

- Jak pani chce. Tak, czy inaczej, nie mogę wiele zrobić. Jestem sama. Całkowicie sama. Nie mam żadnych znajomych, żadnej sieci organizacji, niczego. Odcięłam swoje życie prywatne. Wiem to, co dowiem się sama, chodząc po różnych miejscach. Pan Węgielski bardzo poważnie ograniczył moje możliwości działania.

- Czy i co zatem mogę zrobić, by to naprawić? - Pytanie Basi wyraźnie zaskoczyło Wiktorię.

- Hm… Mam. Proszę wezwać tą swoją agentkę, siądziemy w trójkę i porozmawiamy. Chcę dowiedzieć się od niej, ale przy pani, co ona tak naprawdę myśli. Jeżeli pani nie podejmuje żadnych działań, to znaczy, że to ona stoi za co najmniej częścią tych operacji wspomagających ludzi. Czy dobrze rozumuję? - Zapytała Basię intensywnie myśląc.

Basia skrzywiła się lekko, myśląc intensywnie. W końcu ona i Zofia to jedna i ta sama osoba…

- Niestety, spotkanie we trójkę nie będzie możliwe. - Wiktoria przekrzywiła głowę, patrząc na Basię ze zdumieniem. W końcu ta prośba nie była jakoś nadmiernie skomplikowana. - Zadania, jakie dla mnie wykonuje agentka Zofia są tak… niepopularne politycznie, że każdy kontakt ze mną naraża ją na niepotrzebne niebezpieczeństwo. Co gorsza, jeżeli ktoś chciałby przeprowadzić atak na mnie, to widząc nas dwie, mógłby się pomylić. - Wiktoria uniosła brwi, w nadziei, że Basia rozwinie myśl, jednak nie było jej dane usłyszeć wyjaśnienia. - Dlatego też osobiste kontakty z agentką Zofią ograniczam do absolutnie koniecznego minimum. Kontakt z waszą organizacją był dla nas dość ważny, byśmy zdecydowały się podjąć to ryzyko, po raz pierwszy od bardzo dawna. Zazwyczaj, jeżeli pragnę jej coś przekazać, proszę Jana. Dlatego też skierowałam was do niego w sprawie kontaktu z agentką Zofią.

- Rozumiem. - Odpowiedziała Wiktoria z namysłem. - Więc nie wie pani, jakie operacje są aktualnie przeprowadzane w pani imieniu i nie jest pani w stanie ich koordynować. Nie chcę wchodzić w kolizję z jej operacjami i robić tego samego.

- Agentka Zofia jako jedna z nielicznych cieszy się moim pełnym i absolutnym zaufaniem. Nie zawsze wiem, co robi aktualnie, również dlatego, że często pytanie mnie o pozwolenie czy zdanie sprawiłoby, że byłoby za późno. Ale proszę się nie obawiać. Gwarantuję, że gdyby doszło do tego, że wasze działania by się dublowały, Zofia z pewnością nawiązałaby kontakt.

- Rozumiem. - Westchnęła Wiktoria. - To, czego będę potrzebować, to technicznie własnej mikro organizacji. Spróbuję to wyjaśnić. Jestem już 'spalona', a sytuacja jest dość beznadziejna. Potrzebuję kilku osób, laboratorium, do którego już mam dostęp, oraz środków i surowców, na które normalnie byłoby mnie i tak stać, choć niekoniecznie w takiej ilości. Ci ludzie będą mieli za zadanie wspomóc mnie w znajdywaniu różnych dziwnych rzeczy i sytuacji. Może też być połączenie z siecią informacyjną, do której ma pani dostęp. Poradzę sobie bez innych magów. I nie dbam o to, czy będzie pani chciała mieć z tego raporty, czy nie, czy będzie pani chciała to obserwować, czy nie… To pani środki, nie moje. A obawiam się, że pan Węgielski całkowicie odciął mnie od mojego życia prywatnego.

- Pan Węgielski nie będzie już pani wchodził w drogę. I naprawdę przykro mi, że stało się tak, jak się stało. - Ostatnie słowa były szczere.

- Nie wie pani, jaki on jest skuteczny. - Wiktoria również szczerze powiedziała, co myśli. - Nawet, jeżeli bym pani zaufała, jemu nie zaufam.

- Rozumiem. - Basia przyjęła to stwierdzenie jako fakt.

- Niech po prostu wśród tych czterech ludzi znajdzie się jeden przystojny, młody agent. - Wiktoria uśmiechnęła się jak kot na widok śmietanki.

- Postaram się wybrać takie osoby, by dobrze się wam współpracowało. Chyba, że woli pani, żeby zajął się tym Jan, lub może zrobić to sama? Choć, o ile się orientuję, dotąd nie poznała pani zbyt wiele osób dla mnie pracujących. - Basia spokojnie stwierdziła fakt.

- Nie, nie znam pani agentów. Sądzę, że lepiej będzie, jeżeli nie ja będę wybierała. Chcę jednak mieć ostatnie słowo w kwestii wyboru.

- Chciałam pani właśnie to zaproponować. Również później, gdy trochę ich pani pozna, możliwa będzie zmiana. - Dla Basi było to raczej dość oczywiste.

- Dziękuję. Może wreszcie do czegoś dojdziemy… - Westchnęła ciężko czarodziejka.

- Mam taką nadzieję. Na przyszłość proszę jednak, by informowała mnie pani, gdy coś jest nie tak.

Wiktoria zastanowiła się chwilę.

- Spróbuję. Jeżeli jednak będę miała okazję zadziałać pierwsza… - Wzruszyła ramionami. - Nie lubię się skarżyć.

- Rozumiem. A czy mogę zatem prosić, by po owym 'zadziałaniu' poinformowała mnie pani, że coś takiego miało miejsce? Naprawdę wolałabym uniknąć niepotrzebnej eskalacji konfliktu, zwłaszcza, jeżeli mogę go powstrzymać. - Jedna wojna domowa wystarczyła Basi aż nadto.

- Spróbuję. Tyle mogę obiecać. - Znowu westchnęła Wiktoria.

- Nie oczekuję informacji o byle głupocie. Ale o czymś poważniejszym już tak. Na przykład śledzenie pani wbrew moim poleceniom, czy pozbawianie pani środków do działania. - Basia postanowiła rozwinąć myśl, by zawczasu wyjaśnić możliwe nieporozumienia.

Wiktoria skinęła głową, co mogło być zinterpretowane w absolutnie dowolny sposób. Basia uznała, że to dobry moment, by poruszyć temat, który od jakiegoś czasu chodził jej po głowie.

- Jest coś, przy czym chętnie skorzystałabym z pani pomocy, a co dałoby pani możliwość sprawdzenia wybranych ludzi. - Zaczęła.

- Słucham. - Wiktoria ponownie skupiła się na Basi.

- Tego samego dnia, gdy odwiedził mnie pierwotny mocodawca pana Węgielskiego, miałam nieco milszą wizytę. Odwiedziła mnie niejaka Julia Weiner. - Twarz Wiktorii stała się nic nie mówiącą maską. Basi zrobiło się trochę przykro, ale nie pokazała nic po sobie. - Poprosiła mnie o wsparcie dla jej gildii. Przesłałam już pewną ilość surowców dla Powiewu Świeżości, jednak nie chciałabym, żeby istniało stałe, oczywiste powiązanie pomiędzy mną a nimi. Zbyt prosto byłoby uderzyć w nich, zwłaszcza, że moi oponenci zupełnie nie rozumieją ich podejścia i są mu organicznie przeciwni. Pani Weiner przedstawiła mi i, co mnie zaskoczyło, zostawiła kopię planów opracowanego przez nich urządzenia. Chciałabym, żeby wsparła pani Powiew Świeżości. Najlepiej wraz ze swoją organizacją, jednak zostawiam pani decyzji, czy ich pomoc będzie konieczna.

- Mogę ich wesprzeć osobiście. - Odpowiedziała Wiktoria. - Ale proszę zrozumieć, że my też im możemy zagrozić. Jesteśmy bardziej… bojową organizacją. Działamy w ciszy. Powiew Świeżości jest bardziej widoczny. Ale ja, jako ja mogę im pomóc, zwłaszcza, jeżeli dostanę dostęp do części pani surowców.

- Mam pewną pulę prywatnych dochodów, którą mogę dysponować wedle uznania. Nie oddam na ten cel ich całości, gdyż to związałoby mi ręce w innych kwestiach, ale jak długo potrzeby będą się utrzymywać w rozsądnych granicach, moje fundusze są do dyspozycji. Jako, że te finanse to mój własny dochód, w kwestii potrzeb proszę kontaktować się ze mną lub z Janem.

- Zajmę się tym zatem. - Wiktoria skinęła głową potwierdzająco.

- Czy jest jeszcze jakiś temat, jaki chciałaby pani poruszyć? - Zapytała Basia lekko zamyśloną Wiktorię.

Czarodziejka potrząsnęła przecząco głową.

- Nie, nie ma nic takiego.

- A zatem dziękuję pani za rozmowę. Mam nadzieję, że od tej pory nasza współpraca będzie się układać lepiej niż dotychczas. - Basia wyciągnęła rękę w kierunku Wiktorii.

- Też mam taką nadzieję. Gorzej nie może. - Wiktoria przyjęła wyciągniętą dłoń.

***

Epilog

Mariusz Węgielski:
(…)
Mam szczęście… Szczęśliwie moja mocodawczyni jest osobą łaskawą i łagodną. Gdyby staremu Myszeczce zrobić coś takiego… Jestem idiotą. Po prostu. Nie powinienem był się dać sprowokować tej idiotce. W końcu tylko to umie.
Nie, nie idiotce. Jest zimną, bezczelną, amoralną i arogancką dziwką. Nie, nie kurtyzaną. Dziwką. Nie wiem, dlaczego pani Sowińska ją trzyma.
Chyba nie…
To by tłumaczyło status specjalnego gościa. Ale…
Lepiej nawet tak nie myśleć. Jedno dobrze… Nie zakocha się we mnie.
Nie mogła wybrać sobie kogoś normalniejszego?! A też, kto by pomyślał, że Diakonówna będzie tak inteligentna i będzie chronić panią Sowińską fałszywym spiskiem. Ciekawe jednak, z kim rozmawiała…
Cóż, pani Sowińska będzie wiedzieć. Ale to jest jedyne wyjaśnienie. Diakonówna jest bezczelna, nie zna swojego miejsca, jest bezczelna nawet wobec pani Sowińskiej. I zachowuje się, jakby jej pozycja była dużo wyższa niż jest w rzeczywistości. I to by miało sens…
Jest to lepsze, niż to, co lubią moi kuzyni, przyznaję.
To też wyjaśnia, dlaczego Diakonówna zmieniła nawyki. Oczywistym jest, że pani Sowińska nie życzyłaby sobie, by jej faworyta gziła się z byle kim.
Odnośnie samej pani Sowińskiej…
Ma swoje fantazje i swoje nawyki. Wyraźnie lubi Wiktorię Diakon, może pod jej wpływem kazała mi nie krzywdzić ludzi… (Trudno ocenić, jaki wpływ ma dziewczyna w łóżku.) Nie jest jednak zła. Jest łagodna i daje drugą szansę. O trzecią nie będę prosił. Z drugiej strony, ma jakieś problemy mentalne. Przechodzenie od furii do lodu… Albo duża kontrola (której się po niej nie spodziewam), albo problemy z osobowością. Stawiam na to drugie. Z pewnością była całe życie rozpieszczana. Jak się coś nie spodoba, to będzie się złościć i tupać nogą.
Ale po to ja jestem. By jej pomóc. Lepsza ona niż Myszeczki.
(…)

Barbara Sowińska:
(…)
Jan obsztorcował mnie jak rzadko. Oczywiście, nawet nie podniósł głosu. Nie musiał. Znam to spojrzenie.
Ale przed Janem nie mam żadnych tajemnic. Kiedy usłyszał, że Wiktoria odcięła całe swoje życie prywatne, skinął jedynie głową, ale widziałam, że żal mu dziewczyny tak samo, jak i mnie. Jestem dziwnie pewna, że Jan wymyśli coś, żeby umilić Wiktorii pobyt tutaj… Najgorsze jest to, że nie mam jak sprawić, by uwierzyła, że naprawdę nie mam złych zamiarów ani wobec niej, ani wobec jej przyjaciół… Jedyne, na co mogę liczyć, to to, że może z czasem się do mnie choć troszkę przekona.
Muszę przyznać, że bardzo mną wstrząsnęło to, jak oni mnie postrzegają. Może to i bardzo logiczna analiza, ale jednak… boli.
Sądzę jednak, że jest nadzieja, że do czegoś dojdziemy. Podczas ostatniej rozmowy Wiktoria chyba odrobinę zmieniła swoje nastawienie do mnie. Co prawda, nie ma się co podniecać, bo owa zmiana była mniej więcej równoznaczna z rozpuszczeniem jednego sopla w krainie Królowej Śniegu, ale zawsze to coś… Przynajmniej potrafiła się zdobyć na w miarę spokojną rozmowę.
Oczywiście, żeby nie było za prosto, Wiktoria wyskoczyła z ogólnie bardzo sensownym i jak najbardziej właściwym pomysłem - spotkanie w sześć oczu z agentką Zofią… Znów musiałam błyskawicznie coś wymyślić. Zasugerowałam jej, że jesteśmy bardzo do siebie podobne, i że sam fakt przebywania w mojej obecności wiąże się z ryzykiem dla agentki. Widać było, że Wiktoria nie zrozumiała, ale nie żądała wyjaśnień… Ciekawe, czy poprosi Jana o spotkanie z Zofią.
Martwi mnie jej nastawienie do mnie… I to, że chyba naprawdę uważa mnie za potwora. Jej reakcja na wzmiankę o Julianie Krukowiczu najlepiej tego dowodzi. Węgielski mógł tego nie zauważyć, ale ja widziałam, że wypowiedzenie tych słów sporo ją kosztowało. Zależy jej również na Powiewie Świeżości… Choć też bardzo starała się nie dać po sobie nic poznać. Ale po jej reakcji na Juliana nie zwiedzie mnie jej pokerowa mina, zwłaszcza przybierana ni z tego, ni z owego. Sądzę, że gdyby dowiedziała się, ile tak naprawdę Julian mi opowiedział, bardzo by się przestraszyła… Cóż, ja jej nie powiem, ile wiem. Mimo wszystko tak naprawdę to tylko strzępki wiedzy, ale fakt, że Wiktoria broni nawet najmniejszego okrucha z taką zajadłością świadczy o tym, że nie tędy droga do jej oswojenia.
Muszę znaleźć coś, co choćby częściowo zrekompensuje jej utratę dotychczasowego życia osobistego… Jeśli tylko mi na to pozwoli…
Swoją drogą, rozmowa z Wiktorią, choć zwykle wykańczająca, jest jednocześnie w pewien sposób odświeżająca. Ona przynajmniej ma odwagę mi wygarnąć, że coś jest nie tak… Jak już ją odpowiednio rozdrażnię. Nie to, co Węgielski…

Mariusz Węgielski okazał się nie być tak zły, jak się tego obawiałam. Sporo pracy będę musiała włożyć, zanim będzie można mówić o 'sprowadzeniu go na dobrą drogę', ale przynajmniej jest to możliwe. Obawiałam się, że dostanę kogoś o poglądach dokładnie takich samych jak Myszeczki.
Na szczęście, ten młody mężczyzna jest osobą, która, choć reprezentuje poglądy właściwe większości populacji magów, nie jest zła. Po prostu nie miał okazji poznać innego punktu widzenia… Cóż, na razie zadowolę się tym, że będzie działał według moich reguł gry, dlatego, że ja tak chcę. Mam nadzieję, że z czasem przesiąknie tym podejściem… Oczywiście, zamierzam odpowiednio nagradzać właściwe zachowania. Muszę go lepiej poznać, tak, by móc go w razie potrzeby odpowiednio nagrodzić. Ciekawe, co on lubi…
Ech… Wiktoria zarzuca mi, że nim gram… Oczywiście, że tak jest. Jak inaczej mam go przekabacić na swoją stronę? Każdy kimś gra. Nawet ta 'czysta i niewinna' Wiktoria Diakon, która ponoć brzydzi się takimi metodami, nie zrobiła nic innego niż rozegranie Mariusza przeciwko niemu samemu wtedy, w jego własnym pokoju.

Muszę przyznać, że spodziewałam się wojny domowej, ale nie spodziewałam się, że to wszystko tak daleko zajdzie. Co prawda przez całą tą sytuację dorobiłam się potężnej migreny, ale warto było… Jest nadzieja na odwilż pomiędzy mną a Wiktorią, a i Węgielski okazał się nie być tak zły, jak się obawiałam. W dodatku ich starcie dostarczyło mi sporo informacji o tej dwójce, nawet, jeżeli nie znam dokładnych szczegółów ich działań.
Ogólnie chyba nie jest tak źle. Widzę światełko w tunelu i po raz pierwszy od dawna nie sądzę, żeby to był pociąg.
(…)

Wiktoria Diakon:
(…)
Nareszcie do czegoś dochodzimy. Jest to bardzo miła odmiana po tym, co było do tej pory. Barbara Sowińska ściągnęła mnie tutaj i zostawiła… A teraz wielce się dziwi, że ja nic nie robiłam. Trudno, może jest niedomyślna. Choć nie sądzę. Moim zdaniem, starała się mnie przetestować… Ale nie będę grała w jej gry tylko dlatego, że jest bogatsza i potężniejsza ode mnie. Co to, to nie.
Bardzo miła odmiana. Mam dostęp do środków Srebrnej Świecy. Ograniczony, takich, jak normalny członek tej gildii… Czyli dużo więcej, niż jakikolwiek mag AZ miał kiedykolwiek. Do tego będę miała kilku agentów. Ludzkich. Zauważyłam pewien problem z magami w okolicach Barbary Sowińskiej. A raczej… z brakiem tych magów. Jej pozycja jest silna. Czemu ich zatem nie ma?
Podejrzewam, że młoda Sowińska tak starała się nie zantagonizować do siebie nikogo, że udało jej się uniknąć spojrzeń wszystkich magów. Jak mam jej to teraz wyjaśnić? Normalne słowa nie pomagają. Zaczyna mówić 'polityka, polityka'… i ma rację. Tyle, że polityk tylko wtedy jest wybierany, jeżeli coś robi, jeżeli jest widoczny. Oczywiście, czasem wybierany jest polityk bezbarwny i nudny jak flaki z olejem, bo nie zagraża żadnej z grup trzymających władzę. Tyle, że tutaj ta metoda może po prostu nie zadziałać. Nie da się połączyć Myszeczków i Diakonów. To da się zrobić jedynie terrorem, a tego ona nie zrobi. Owszem, umie się wściekać. Ale nie potrafiłaby skazać kogoś na odebranie magii, bo ma taką ochotę. A bez tego trudno o prawdziwy terror.
Tyle, że z takim przełożonym walczyłabym do utraty mocy.
Dostęp do środków Srebrnej Świecy umożliwi mi pomoc ludziom. Oczywiście, nikomu, kogo znam… Oczywiście, żadnym magom, których lubię. Zwrócenie uwagi Barbary Sowińskiej na kolejne osoby może skończyć się tym samym. Złotą klatką. Owszem, jest to bardzo ładna klatka. Duża i przestronna. Ale klatka. Mogę niby wylecieć… Ale patrząc po zachowaniu Barbary Sowińskiej na niczym więcej by jej nie zależało jak zgarnąć grupę kompetentnych, sympatycznych magów i zamknąć ich w złotej klatce.
Irena…
Irena by już dawno strzeliła w mordę i niestety, zapłaciłaby za to straszliwą cenę. Ola… spanikowałaby. Gdyby Ola miała rozmawiać z Barbarą Sowińską, spanikowałaby. Nie ma maga, którego znam, który lepiej mógłby sobie z nią poradzić niż ja. Muszę ich chronić.
Bardzo się przestraszyłam, gdy usłyszałam o Julianie. Sprytna sztuczka. Zaznaczyć delikatnie znajomość powiązania by otworzyć potencjalny szantaż. Spróbowałam ją odsunąć. Odwrócić jej uwagę od Juliana. Nie wiem, czy mi się udało. Wątpię. Muszę jakoś to zrobić. Co gorsza, ona wie, że Julian przyjaźni się z demonem. Nie martwię się jego kompromitacją. Julian jednak przystąpił teraz do Powiewu Świeżości. Jest to idealny sposób na ich kompromitację lub zniszczenie. Co gorsza, Julian nadal nie pogodził się z tym, jak skończyła się sprawa Astorii… a może powinnam powiedzieć Saith Winterchill… Nadal jej szuka i stara się jej pomóc. Jak okrutnie mogliby magowie Srebrnej Świecy się z nim bawić…
Paradoksalnie, jeden cel mamy wspólny. Przynajmniej, jeżeli mam jej wierzyć. Pomóc ludziom. Jest tylko jeden sposób, w jaki mogę odwrócić uwagę Sowińskiej od mojej nieistniejącej organizacji i moich przyjaciół. Muszę być bardzo skuteczna, bardzo szybka i ogólnie… Muszę tak manipulować wszystkim, by sama się zgubiła. Musi mieć tyle na głowie, żeby nie móc się skupić na mnie… A raczej na nich.
Nie będzie to proste. Ale, mam pewne środki i mogę zacząć działać. I to jest dobre.
TYLKO CZEMU KOSZTEM ŻYCIA PRYWATNEGO???
TO NIESPRAWIEDLIWE!!!
(…)

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License